Zip Tang - Private Shangri-La

Artur Chachlowski,

ImageO grupie Zip Tang pisaliśmy na naszym portalu przedstawiając jej dwie pierwsze płyty „Luminiferous Ether” (2007) oraz „Pank” (2008). Potem ukazały się dwa kolejne albumy, które jakoś umknęły naszej uwadze. Nie umknął za to ten najnowszy, planowany do wydania w sierpniu br. Jego tytuł brzmi „Private Shangri-La” i jest pierwszym nagranym bez wieloletniego lidera, wokalisty, keyboardzisty i saksofonisty, Marcusa Padgetta. Jego obowiązki przejął gitarzysta Perry Merritt i to pod jego kierownictwem Zip Tang, już jako trio (poza Merrittem w składzie mamy Freda Fallera (dr) oraz Ruda Wolfe’a (bg)), przedstawia nowy album złożony z jedenastu utworów.

Zmiana personalna nie przyniosła zasadniczej stylistycznej wolty. No, może poza brakiem saksofonów w instrumentarium. A więc to raczej korekta, a nie rewolucja. Fakt ten zapewne ucieszy słuchaczy obawiających się zmian. Muzyka Zip Tang to nadal dość eklektyczny (prog)rock z licznymi dźwiękowymi łamańcami oraz częstymi zmianami temp oraz sygnatur. Perry Merritt to więcej niż kompetentny wokalista, który ma naturalny dar do wyczuwania gdzie stawiać akcenty, kiedy zaśpiewać głośniej, kiedy ciszej… Jednym słowem, wie jak używać swego głosu. Wprowadził on w chwilami dość chaotycznie brzmiącą muzykę zespołu nieco więcej harmonii, odświeżając i uporządkowując strukturę poszczególnych utworów. Niektórym z nich nadał charakter dobrych rockowych piosenek, które potrafią szybko zapaść w pamięć. Pod tym względem na „Private Shangri-La” muzyka Zip Tang uległa uproszczeniu. Mniej w niej Zappy, więcej metalu spod znaku Pain Of Salvation czy Symphony X, mniej improwizacji, więcej harmonii, mniej fusion, a więcej precyzji i porządku.

To wszystko to tylko subtelne zmiany. Tak więc ci, którym przed laty wcześniejsze dokonania tego pochodzącego z Chicago zespołu przypadły do gustu, z pewnością nie poczują się zawiedzeni. „Private Shangri-La” to dobry, rzetelny i, co najważniejsze, przekonywujący to album.

MLWZ album na 15-lecie