Kinetic Element - Travelog

Artur Chachlowski,

Image„Travelog” to już drugi, po wydanym i zrecenzowanym w Małym Leksykonie albumie „Powered By Light” z 2011 roku, krążek w dorobku Kinetic Element. Głównymi postaciami w zespole są keyboardzista Mike Visaggio oraz gitarzysta Todd Russell. Wszystkie kompozycje, a jest ich na „Travelog” zaledwie pięć, są ich autorstwa. Obu panom towarzyszy sekcja rytmiczna w osobach: Michaela Murraya – perkusja oraz Marka Tupko – gitara basowa oraz wokaliści. A jest ich na tym krążku aż troje. Warto podkreślić, że zgodnie z zapisem w książeczce posiadają oni jedynie status „wokalistów gościnnych”. A wzięło się to stąd, że prace w studiu nagraniowym rozpoczął z zespołem niejaki Dimetrius LaFavors, na co dzień wokalista innej amerykańskiej formacji Odin’s Court. Jako że nagrania przeciągały się w czasie, a Dimetrius posiadał ze swoim macierzystym zespołem koncertowe zobowiązania, zaśpiewał on tylko w trzech utworach, w tym w zdecydowanie najlepszym na płycie, trwającym ponad 20 minut „War Song” oraz tytułowej, mocno osadzonej w akustycznym klimacie kompozycji „Travelog”. Jego dziełem są też partie wokalne w „Vision Of A New Dawn” – kolejnym muzycznym długasie (18 minut z sekundami), który w udany sposób zamyka to wydawnictwo. W dwóch pozostałych nagraniach słyszymy Mike’a Florio (w „Her”) oraz… panią Michelle Schrotz (w „Into The Lair”).

Przyznam szczerze, że ten zabieg z kilkoma wokalistami nie wyszedł płycie „Travelog” na dobre. Raz, że Dimitrius LaFavors dysponuje niezwykle ciekawym głosem i zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałej dwójki, a więc szkoda, że nie zaśpiewał wszystkiego, a dwa – że liczni wokaliści, ich różniąca się między sobą ekspresja oraz sposób artykulacji i interpretacji, burzą naturalną ciągłość płyty i rozbijają jej muzyczną spójność. Szkoda, że Dimetrius nie mógł zaśpiewać we wszystkich utworach, bo gdyby tak się stało, ocena albumu „Travelog” byłaby zdecydowanie wyższa. Ale i tak, obiektywnie rzecz ujmując, jest ona wysoka, gdyż od strony instrumentalnej nie ma się na nim do czego przyczepić. Trzeba pochwalić zespół za różnorodność pomysłów, szeroką paletę ciekawych środków artystycznego wyrazu oraz udaną (choć przyznaję, że są momenty, gdy na płycie delikatnie wieje nudą rodzącą się z chwilami zbyt nadętego patosu) ich realizację. Czyni to „Travelog” albumem intrygującym i godnym uwagi wszystkich sympatyków klasycznego progresywnego rocka utrzymanego w klimacie złotej ery lat 70. Pewnie niemała w tym zasługa panów Freda Schendela i Steve’a Babba z grupy Glass Hammer, którzy odpowiedzialni są za finalny miks całej płyty. Nie zdziwcie się więc, gdy na „Travelog” usłyszycie sporo brzmieniowych odniesień do muzyki tria Emersona Lake And Palmer czy formacji Yes.

MLWZ album na 15-lecie