D Project

RanestRane - A Space Odyssey Part Two H.A.L.

Artur Chachlowski,

ImageProponuję, by przed lekturą tego tekstu sięgnąć do recenzji pierwszej części trylogii grupy RanestRane będącej dźwiękową ilustracją filmu „2001: Odyseja kosmiczna” w reżyserii Stanleya Kubricka. Dowiecie się z niej co to jest „cineconcerto”, jak wyglądają występy na żywo tego włoskiego zespołu oraz na czym polega istota i oryginalność jego muzyki.

Opisując najnowsze, wydane w grudniu 2015r., dzieło Włochów należałoby właściwie powtórzyć wszystkie superlatywy, które padły pod ich adresem w naszych wcześniejszych małoleksykonowych recenzjach (warto wiedzieć, iż RanestRane w przeszłości zilustrował muzycznie filmy „Nosferatu wampir” i „Lśnienie”).

Trzeba przyznać, że RanestRane znalazł dla swojej muzyki ciekawą niszę. Niewątpliwie napisane na nowo ścieżki dźwiękowe do kultowych filmów, w które wplatane są oryginalne (a więc anglojęzyczne) dialogi, a także śpiewane po włosku partie wokalne będące narracją i komentarzem do toczącej się na ekranie akcji, jest dość nowatorskim rozwiązaniem. A że jeszcze wykonane to wszystko jest w tak spektakularny sposób, nie można oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z kolejnym (czwartym już!) płytowym arcydziełem grupy RanestRane.

Niniejszy album jest ilustracją środkowego epizodu filmu Kubricka, którego bohaterem jest H.A.L. 9000 (Heuristically programmed ALgorithmic computer) – komputer kontrolujący lot statku kosmicznego Discovery One. Postępuje on zgodnie z „logiką” funkcjonowania sztucznej inteligencji, a tym samym mocno ingeruje w działania lecącej w stronę Jowisza załogi.

Muzyczna i wokalna interpretacja (dla słuchaczy nieznających języka włoskiego w książeczce zamieszczono angielskie tłumaczenie śpiewanych przez Daniele Pomo utworów) jest utrzymana na najwyższym z możliwych poziomów. Wszystko (oryginalna muzyka, filmowa lista dialogowa, śpiewane po włosku teksty ilustrujące tą opowieść) idealnie tu ze sobą współgra i doskonale do siebie pasuje. Zespół gra tak jakby wywodził się wprost z włoskiej szkoły progresywnego rocka lat 70., a w dodatku w dwóch utworach („Spacewalk” oraz „La Perfezione Che Si Cerca”) poprosił o instrumentalną pomoc Steve’a Rothery’ego z Marillion, który nadał muzyce RanestRane odpowiedniego szlifu, jakże charakterystycznego dla brzmienia jego macierzystego zespołu.

Albumu słucha się wspaniale. Przynosi on mnóstwo intrygujących wrażeń. To płyta niezwykła. Majstersztyk! Gdyby nie to, że ukazała się późno, bo w samej końcówce ubiegłego roku, i wylądowała w mojej skrzynce pocztowej na dwa dni przed wigilią, z całą pewnością umieściłbym ją w Top 10 mojego prywatnego zestawienia ulubionych płyt AD 2015. Ale i tak jest moim prawdziwym faworytem początku 2016 roku.

Cokolwiek by nie mówić o tym albumie, należy mówić o nim wyłącznie w pozytywnym tonie. Jeżeli już, to narzekać można, że trwa zbyt krótko (47 minut). Ale przecież już za kilka miesięcy ukaże się trzecia część tej wspaniałej kosmiczno-progrockowej trylogii.

MLWZ album na 15-lecie