Fish - 13th Star

Artur Chachlowski,

ImageByłemu frontmanowi Marillionu stuknęła trzynasta gwiazdka. Jego najnowszy album jest trzynastym z kolei studyjnym krążkiem w jego dorobku (wliczając w to 4 albumy nagrane z Marillionem). Wielka Ryba w świadomości miłośników progresywnego rocka jest obecna już od blisko ćwierć wieku. Fish stał się żywym symbolem odrodzenia progresywnego rocka po długim letargu, w który gatunek ten zapadł na początku lat 80. Każde płytowe wydawnictwo z jego udziałem stawało się sporym muzycznym wydarzeniem, wywołującym ogromną falę dyskusji, wymiany poglądów i opinii. Ciekawa osobowość Fisha i jego intelektualne podejście do rzeczywistości spowodowały nawet, że dla wielu fanów stał się on prawdziwym wieszczem, a nawet duchowym guru. Jednym zdaniem, pomimo artystycznych wzlotów i upadków, Fishowi udawało się każdym swoim przedsięwzięciem elektryzować prog rockową społeczność. Nie inaczej będzie zapewne i tym razem, tym bardziej, że moim zdaniem „13th Star” jest jego najbardziej udanym albumem od wydanej 10 lat temu, zrealizowanej z pomocą Stevena Wilsona (Porcupine Tree), płyty „Sunsets On Empire”.

Płyta „13th Star” ukaże się w sklepach dopiero na początku lutego. Niemniej już teraz specjalny, limitowany, wydany w łącznej liczbie 10 000 egzemplarzy album jest dostępny za pośrednictwem strony internetowej wokalisty. Będzie on zapewne osiągalny także na koncertach rozpoczynającego się wkrótce tournee „Clutching At Stars”, w trakcie którego Fish będzie promować swoje najnowsze piosenki, a także – wzorem albumu „Misplaced Childhood” – wykonywać on będzie w całości materiał z marillionowskiego albumu „Clutching At Straws”. Sprytny i sprawdzony to zabieg, gdyż Fish najwyraźniej na dobre „przeprosił się” już z repertuarem swojej macierzystej grupy i, ku uciesze swoich fanów, powrócił do wykonywania na żywo swoich najsłynniejszych klasyków.

Ale wróćmy do materiału z najnowszej płyty artysty. Nie ma wprawdzie na niej ewidentnego powrotu do stylistyki a’la Marillion, choć przyznam szczerze, że w niektórych utworach wyraźnie pobrzmiewają echa utworów „Torch Song”, czy „Sugar Mice”. Wyraźnie słychać to na przykład w kończącej płytę kompozycji tytułowej. Ale zanim dotrzemy do finału nowego albumu Fisha mamy ponad 50 minut muzyki, która naprawdę może się podobać. Przy jednym wszakże zastrzeżeniu: zapomnijmy o przebojowości na miarę „Kayleigh”, zapomnijmy o wielowątkowej naturze „Forgotten Sons”, zapomnijmy o epickości „Fugazi”. Dzisiaj Fish zakotwiczył się w zupełnie innej stylistyce. I najwyraźniej jest mu z tym dobrze. Ogólnie rzecz biorąc, wykonuje on teraz rockowe piosenki, które na płycie „13th Star” w swojej przeważającej większości należą do bardzo udanych. Za większość muzyki na nowym krążku Fisha po raz pierwszy odpowiedzialny jest jego wieloletni współpracownik, basista Steve Vantsis. I jest to prawdziwy strzał w dziesiątkę, gdyż dawno muzyka na płytach Fisha nie brzmiała tak świeżo i melodyjnie. Vantsisowi należą się naprawdę duże brawa za to, że pomógł naszemu bohaterowi w odnalezieniu muzycznego złotego środka, dzięki któremu i Fish czuje się teraz jak ryba w wodzie, i słuchacze mają wiele powodów do autentycznej radości przy słuchaniu. A przecież różnie w przeszłości z tym bywało. Wśród muzyków towarzyszących artyście na „13th Star” znajdujemy starych dobrych znajomych: Frank Usher gra na gitarach, Foss Paterson na klawiszach, a Gavin Griffiths na perkusji. Ponadto Lorna Bannon śpiewa w chórkach, a w kilku utworach usłyszeć też można gitarzystę Chrisa Johnsona z Mostly Autumn.

Jak zawsze u Fisha poszczególnym utworom towarzyszą niebanalne, a często bardzo intrygujące i wzruszające teksty. W kilku piosenkach Fish rozprawia się z uczuciem żalu po nieudanych związkach (czyżby to trauma po niedoszłym ślubie z Heather Findlay?). O tym mówią piękne, mądre, ale i smutne słowa utworów „Arc Of The Curve” i „Where In The World”. Generalnie mniej w tekstach Fisha jest teraz socjologii i polityki. Pisze on teraz o uczuciach, o relacjach, o miłości. A tym lirycznym tekstom nie towarzyszą bynajmniej ckliwe i cukierkowe melodie. Na „13th Star” dużo jest mrocznych momentów. Ewidentnie świadczy o tym początek albumu, a konkretnie dwa pierwsze utwory: „Circle Line” i „Square Go”. W tym drugim może podobać się ciekawa partia orkiestralna, co jest zupełnie nowym zjawiskiem w solowym dorobku artysty. Urokliwą piosenką o miłości jest „Miles De Besos” (z hiszpańskiego – „Tysiące pocałunków”). Utwór ten naprawdę chwyta za serce. Epicki rozmach emanuje z „Dark Star” oraz „Openwater”. „Zoe 25” ze swoim lapidarnym, ale jakże celnym tekstem jest nieomal muzycznym reportażem o rozpadającym się związku młodych, niedojrzałych uczuciowo ludzi. Właściwie nie ma na tej płycie utworu, który nie zachwyciłby swoją melodyką, którego refren szybko nie zapadłby w pamięć, który nie urzekłby odbiorcy ciekawą interpretacją. Może tylko umieszczony w połowie płyty, nieco za bardzo rozkrzyczany „Manchmal” (z niemieckiego – „Czasami”) negatywnie wyróżnia się na tle innych. Ale jako całość, jako zbiór 10 rockowych piosenek o miłości, album „13th Star” prezentuje się naprawdę znakomicie i śmiało można umieścić go po stronie zdecydowanych pozytywów w solowej dyskografii Fisha.

Trzynasta gwiazdka... Niech takich gwiazd na firmamencie muzyki Fisha świeci jak najwięcej.

P.S. Limitowana wersja płyty „13th Star” wydana jest w przepiękny sposób w formie trójdzielnego digipacka. Oprócz krążka CD znaleźć w nim można płytkę DVD zatytułowaną „The Making Of 13th Star”, a na niej kilkunastominutową reklamówkę internetowego kanału „Fish TV” oraz trwający ponad godzinę film, ilustrujący przygotowania materiału muzycznego i prace w studiu nagraniowym. Film jest jednak zdecydowanie przegadany. Wiemy nie od dziś, że Fish uwielbia mówić. I niestety mówi, mówi i mówi... Tylko nieliczne jego monologi wnoszą coś ciekawego i dostarczają widzowi nową wiedzę o powstawaniu niniejszej płyty. W jednym z rękawów digipacka znajduje się 20-stronicowa książeczka z tekstami poszczególnych utworów, a po rozłożeniu trzech ramion tego wydawnictwa, na jego odwrocie, widnieje przepiękna bajkowa ilustracja autorstwa Marka Wilkinsona. Całość chowa się w zgrabnym pudełeczku z grubym grzbietem. Pięknie wydany to album. I na szczęście forma nie przerasta jego treści, bo płyta „13th Star” zawiera naprawdę nadspodziewanie dobrą muzykę.

MLWZ album na 15-lecie