Dream Theater - The Astonishing

Przemysław Stochmal,

ImagePrzyznam, że obawiałem się premiery nowej płyty Dream Theater. Perspektywa mierzenia się z dwugodzinną rock-operą, powstającą po wydaniu albumu prezentującego zespół w dość przeciętnej formie, nie musiała napawać optymizmem. Wątpliwości co do jakości samej muzyki narastały wraz z podrzucaniem przez grupę kolejnych obrazkowych zapowiedzi płyty, ujawnianych wycinkami portretów bohaterów, map i futurystycznych pejzaży – wszystko to mogło sugerować, że zagrożenie, jakoby muzyka ukradkiem mogła spaść na daleki plan, stając się tłem dla rozbudowanej opowieści, jest całkiem spore.

John Petrucci napisał opartą na wieloletnich inspiracjach fantasy futurystyczną opowieść, której motywem przewodnim jest idea muzyki jako czysto ludzkiego wytworu, jej kondycja i ranga w owładniętym wojną zmechanizowanym świecie. Pomysł tyleż ambitny, co ryzykowny – podjęcie przez artystów przede wszystkim zajmujących się tworzeniem muzyki refleksji na temat przyszłości muzyki właśnie i zamknięcie opowieści peanem na jej cześć, mimochodem prowokuje do zapytania – czy muzyka dla Petrucci’ego i kolegów w przypadku „The Astonishing” jest tak samo istotna, jak próbuje on przekazać w napisanym przez siebie libretcie?

Niestety, wydaje się, że tym razem koncept literacki całości zdecydowanie pochłonął siły twórcze przeznaczone na rzetelne przygotowanie muzyki. O ile przez pierwsze pół godziny albumu wszystko rozwija się według solidnego i sprawdzonego przepisu, o tyle w dalszym ciągu trwania płyty coraz wyraźniej słychać, że zespół pogubił proporcje środków, które składają się na styl, przy jakim uparcie tkwi od kilku lat. Dobrnąwszy do zakończenia tegoż muzycznego kolosa, można odnieść wrażenie, że więcej niż połowa materiału oparta została na półakustycznych balladach oraz hymnicznych, zazwyczaj okraszonych chórami podniosłych tyradach, jakie dotąd zwykły wieńczyć progresywne suity z wcześniejszych płyt. Z pewnością tę wszechobecność patosu, nieobcego przecież dokonaniom Dream Theater, w pewnym stopniu wymusza epicki charakter konceptu, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że zarówno podniosłe nastroje, w moim przekonaniu powracające nazbyt często, jak i mnogość melodyjnych ballad, sprowadziły do zastanawiającego minimum nie tylko instrumentalne wycieczki, zdecydowanie pożądane przy tak obszernej muzycznej opowieści, jak i metalową, reprezentatywną stronę muzyki zespołu. Być może dla tegoż zaburzenia stylistycznego balansu należałoby szukać przyczyn w przejęciu przez Jordana Rudessa połowy inicjatywy kompozytorskiej; być może zredukowanie pewnych charakterystycznych, kondycyjnie wymagających elementów, może mieć podłoże w planach koncertowej promocji całości materiału.

Owa modyfikacja proporcji środków wyrazu w muzyce Dream Theater dla wielu jednak pewnie okaże się zaletą, zwłaszcza że dzięki temu cały materiał, mimo tak olbrzymich rozmiarów, przyswaja się dość łatwo. Wydaje się jednak, że zespół nie tylko uprościł i zredukował swoją stylistyczną specyfikę, ale w ogromie materiału pogubił nieco kompozycyjną konsekwencję i błyskotliwość. Przede wszystkim razi niezrozumiałe porzucanie dobrze zapowiadających się pomysłów. W wielu miejscach ciekawe motywy nie doczekują rozwinięcia, intrygująco rozpoczęte kompozycje potrafią nagle, zdecydowanie za wcześnie tracić impet („A Life Left Behind”, „A Saviour In The Square”). Dość przypadkowo wyglądają pojawiające się od czasu do czasu syntezatorowe, „futurystyczne” kilkudziesięciosekundowe łączniki, które, nawiązując do konwencji sci-fi warstwy tekstowej, w zasadzie nijak mają się do muzyki zawartej pomiędzy nimi.

Mimo godnego podziwu przywiązania do melodii, w koncepcji całości kuleje niestety pojęcie tradycyjnej „piosenki” – na „The Astonishing” model zwrotkowo-refrenowy funkcjonuje w stopniu doprawdy minimalnym – choć wydawać by się mogło, że nawet i formuła rock-opery zachęca do typowych piosenkowych prób. Czarę goryczy, jeśli chodzi o kompozycyjne opracowanie całości przepełnia jednak dość w moim przekonaniu powierzchowne potraktowanie elementu, który w tak rozbudowanej fabularnej muzycznej opowieści powinien stanowić zapadającą w pamięć atrakcję - kulminacja suity, kulminacja concept-albumu, kiedyś będąca zdecydowanie mocną stroną Dream Theater, tutaj w warstwie muzycznej jest niestety niewyraźna.

Choć nie brakuje na „The Astonishing” solidniejszych momentów, czy nawet zdecydowanie udanych całych utworów („Three Days”, „A New Beginning”, „Heaven’s Cove”, „Our New World”), to jednak płyta jako całość pozbawiona jest kompozycyjnej błyskotliwości i pod wieloma względami zwyczajnie rozczarowuje. Tym samym nasuwa się dość prosty i przewidywalny wniosek - ogromnemu kalibrowi ponaddwugodzinnego koncept-albumu, jaki obrał sobie zespół Dream Theater tym razem, sprostać niestety się nie udało i w swoich skłonnościach do rozmachu Amerykanie stworzyli dzieło o więcej niż połowę za długie.

MLWZ album na 15-lecie