Circa: - Valley Of The Windmill

Artur Chachlowski,

ImageGrupę Circa: i jej trzy dotychczasowe albumy Czytelnicy i Słuchacze MLWZ powinni znać doskonale. Przypomnę więc tylko, że utworzyli ją przed 10 laty dwaj muzycy: weteran progresywnego rocka Tony Kaye (działał w pierwszym wcieleniu Yes, a także grał m.in. na pamiętnej płycie tego zespołu „90125” z 1983 roku) oraz aktualny basista Yes, Billy Sherwood (w latach 90. był już członkiem tej formacji, a ostatnio powrócił do zespołu zajmując miejsce zmarłego przed rokiem Chrisa Squire’a).

W 2007 roku ukazał się debiutancki album zatytułowany po prostu „Circa:” (wg innych źródeł: „2007”), w nagraniu którego wzięli udział inni muzycy związani z Yes: perkusista Alan White oraz gitarzysta Jimmy Haun. W ciągu następnych kilku lat na rynku pojawiły się dwa kolejne albumy studyjne: w 2009 roku „HQ” (z Jayem Schelenem na perkusji), a dwa lata później „And So On”. Teraz przyszedł czas na album numer 4 – „Valley Of The Windmill”. Znajdujemy na nim cztery kompozycje. Nagrane przez czterech ludzi. Oprócz Kaye’a i Sherwooda w zespole pojawiły się nowe twarze w osobach Scotta Connora – perkusja i Ricka Tierneya – gitara basowa. Na idyllicznie wyglądającej okładce, obok logotypu zespołu i tytułu płyty, widzimy nieco zdezelowaną wiatrową turbinę Corcorana. I sam nie wiem czy nową muzykę grupy też można nazwać zdezelowaną, ale coś jest w tym albumie, że nie brzmi on tak jakby się chciało, że rozczarowuje i generalnie nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Niby jest tu wszystko to, co powinno być na płytach „wielkiej rodziny Yes”: dobrzy muzycy, epicko skrojone kompozycje, bogate instrumentarium i rozbudowane aranżacje. Ale coś nie gra. To tak jakby w rozpędzające się tryby machiny ktoś bez przerwy sypał piasek. Być może jest to efekt zbyt częstego wydawania przez Sherwooda jego solowych albumów? Dość powiedzieć, że w trakcie ostatnich miesięcy światło dzienne ujrzało kilka albumów firmowanych jego nazwiskiem, a niedawno recenzowaliśmy nagraną w Japonii płytę duetu Sherwood – Kaye pt. „Made In Japan”. Najwidoczniej artysta ten przechodzi przez niezwykle płodny okres w swojej twórczości, ale… zamiast radości z jego nowych wydawnictw pojawia się pewne znużenie. I przesyt. Niedługo gdy otworzy się lodówkę, to pewnikiem wyskoczy z niej Sherwood.

I podobnie jest z nową muzyką grupy Circa:. Za dużo w niej Sherwooda. Za dużo Sherwooda w Sherwoodzie. Bo gdy słucha się kompozycji wypełniających „Valley Of The Windmill”, to nie wiadomo czy to wciąż jeszcze album jego zespołu czy już właściwie jego kolejny solowy krążek? Czy to Circa:, czy Sherwood solo czy może w duecie?...

Żadna z czterech wypełniających program tego wydawnictwa kompozycji nie jest na tyle wyrazista, by chciało się zatrzymać przy niej na dłużej, a w przypadku dwóch najbardziej rozbudowanych suit („Silent Resolve” i „Our Place Under The Sun”) ma się świadomość dłużyzn, mielizn, monotonii i dość powierzchownego, by nie rzec, hurtowego traktowania muzyki. W artrockowym gatunku nie ma miejsca na takie niedociągnięcia. Tu każdy dźwięk powinien być przemyślany, wyważony i wycyzelowany. A tymczasem na nowej płycie grupy Circa: niestety tak nie jest. Szkoda, bo naprawdę wciąż wysoko cenię dwa pierwsze albumy tej formacji. Teraz, jakby z płyty na płytę, jest coraz nudniej. Panie Sherwood, a może by tak na przyszłość ilość przemienić w jakość?... 

MLWZ album na 15-lecie