Nosound - Scintilla

Artur Chachlowski,

ImageGiancarlo Erra trochę mnie zaskoczył. Po dekadzie tworzenia pełnych rozmachu melancholijnych, pełnych tęsknoty muzycznych obrazów, na piątym studyjnym albumie swojego zespołu prezentuje nowe oblicze. Taki Nosound po liftingu. Zmiany, zmiany, zmiany... Czasami potrzebne, czasami nie. Czasami radykalne, czasem bardzo subtelne. Zespół Nosound wybrał wprawdzie tę drugą ścieżkę ewolucji, ale jakoś wcale nie mam pewności, że koniec końców wybrał drogę właściwą.

Zainspirowany osobistymi zawirowaniami i pragnieniem zmian album zatytułowany „Scintilla” jest dziełem pełnym emocji i bardzo bezpośrednim muzycznie, a zamieszczone na nim utwory odchodzą daleko od charakterystycznego symfonicznego rozmachu i produkcyjnej precyzji. We wszystkich położono większy nacisk na uczucia niż na technikę, stąd niech nikogo nie dziwi fakt, że na nowej płycie Nosound w roli głównej już nie są melodie. To klimat i emocje znajdują się teraz w centralnym miejscu. Erra oraz towarzyszący mu muzycy mozolnie budują atmosferę, grają dźwiękami, bawią się pojedynczymi nutami, po to by niemal w każdym kolejnym utworze próbować zaskoczyć słuchacza jakimś nietypowym pomysłem, niesztampowym rozwiązaniem czy niespodziewanie wtrąconą frazą. Lecz raczej z mizernym skutkiem, niestety. W utworach tych nie ma żadnych przyspieszeń tempa, nie ma wzrostu dynamiki, nie ma ożywienia, a całość z premedytacją utrzymana jest w duchu „low profile”. Wydaje się, że Erra na płycie „Scintilla” popycha swój zespół w stronę bardzo wyciszonego post/prog rocka, jakby odrobinę pragnąc przy tym naśladować Stevena Wilsona. Melancholia i soniczny spokój towarzyszą sobie nawzajem. Minimalizm i, niestety, przewidywalność idą razem w parze.  Intymność oraz ponura aura medytacji bez przerwy unoszą się w powietrzu, a rzewny nastrój całości potęgują smutne pociągnięcia wiolonczeli (Marianne De Chastelaine).

Takie właśnie klimaty panują na tym niezbyt długim (raptem 48 minut z sekundami) albumie. Gorzej, że przez jego jednowymiarowość czas ten dłuży się niemiłosiernie. Muzyka Nosound AD 2016 jest jakby rozmyta, trochę niejasna, a jej charakter idealnie oddaje okładka: nieostra, przymglona, dająca słuchaczowi, jeszcze zanim włączy on płytę, jednoznaczny obraz tego, co na niej można usłyszeć.

W dwóch nagraniach („In Celebration Of Life” oraz „The Perfect Wife”) gościnnie zaśpiewał Vincent Cavanagh z Anathemy, a w jedynym w tym zestawie zaśpiewanym po włosku utworze "Sogno e Incendio" („Sen i ogień”) można usłyszeć jego współautora, włoskiego wokalistę Andreę Chimentiego. O ile jeszcze głos dobrze Cavanagha wtapia się w klimat całości, to wokalny udział Chimentiego jest, moim zdaniem, zabiegiem niepotrzebnym. Obecność innego, tak bardzo różniącego się od Erry (technicznie, ekspresyjnie i emisyjnie), głosu burzy gęstą i homogeniczną atmosferę albumu. Nie wiem czy też macie takie odczucie, że "Sogno e Incendio" w ogóle nie pasuje do tej płyty? Dla jednych słuchaczy „Scintilla” ze swoim spójnym i specyficznym klimatem stanowiącym nową jakość dla Nosound spokojnie obroni się jako całość, dla innych będzie ona przedmiotem drwin i narzekań (że za nudna, że za jednostajna, że usypiająca, że niewiele się na niej dzieje…), ja zaś ‘wyciągnąłem’ sobie z jej programu dwa pojedyncze nagrania: „The Perfect Wife” oraz „Last Lunch”. Tylko dwa. I tyle mi z tego krążka zostanie. Myślę, że to jednak trochę mało, jak na płytę, na którą czekało się trzy długie lata…

Płytę „Scintilla” już w dniu premiery będzie można nabyć w wersji winylowej, a edycja deluxe, której jestem posiadaczem, oprócz podstawowego krążka CD, zawiera dodatkowy dysk Blu-ray, na którym zamieszczono m.in. miksy HD stereo i 5.1 surround sound.

MLWZ album na 15-lecie