Wet Rabbit - Of Clocks And Clouds

Artur Chachlowski, Wet Rabbit - Of Clocks And Clouds

Wet Rabbit to nazwa węgierskiego projektu muzycznego, za którym jednoosobowo stoi multiinstrumentalista Zoltan Sostai. Okazjonalnie, grając na fortepianie, wspomaga go Kinga Szabo, ale to Zoltan odpowiedzialny jest praktycznie za wszystkie ścieżki wokalne i instrumentalne (gitary, perkusja, syntezatory), które słyszymy na płycie „Of Clocks And Clouds”.

Na debiutanckim krążku Wet Rabbit znajdujemy aż 77 minut muzyki. Muzyki będącej syntezą pierwiastków progresywnego rocka z elektroniką, dzięki czemu otrzymujemy płytę, na której słyszymy wpływy Pink Floyd i Ultravox z jednej, a Vangelisa i Jean-Michel Jarre’a z drugiej strony. To płyta pełna ambientowych klimatów, ale i pełna ulotnej duchowości. Z ładnymi melodiami, z niezłymi utworami (najlepsze to: „Easy If You Try”, „Through The Storm”, „Of Clocks And Clouds” i „Feedback”), z długą suitą (blisko półgodzinny, sześcioczęściowy muzyczny mamut pt. „Kill The Robots”) oraz z fajnym, długim instrumentalnym pasażem w postaci instrumentalnego utworu („The Last Whale”). Jest tu jeszcze (w postaci ukrytego bonusu) cover Gabrielowskiego „Red Rain”, ale akurat nie jest to najlciekawsza przeróbka pamiętnego przeboju z repertuaru byłego wokalisty Genesis.

Ładnie i dość znajomo na tej płycie gra gitara (stąd skojarzenia z Pink Floyd), dużo tu elektronicznych dźwięków. Być może w sumie za dużo, bo jednak elektronika, sample i syntezatory prawie przez cały czas znajdują się w centrum uwago Zolatana Sostai. Czasami chciałoby się usłyszeć na tej płycie więcej rockowego grania. To nie jedyna wada albumu „Of Clocks And Clouds”. O drugiej w sumie już wspomniałem: to stanowczo zbyt długi album i nie zaszkodziłoby mu delikatne odchudzenie, tym bardziej, że są na nim utwory z gatunku typowych „wypełniaczy”. No i jest jeszcze trzeci mankament. Kto wie czy nie najpoważniejszy ze wszystkich? To wokal Zoltana. Nie jest on na pewno najlepszym wokalistą, jakiego ostatnio słyszałem. Szczególnie gubi się on w wysokich rejestrach. Gdyby pod szyldem Wet Rabbit miała powstać druga płyta, to namawiałbym go do postawienia przed mikrofonem bardziej kompetentnej osoby.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Pomimo tego, że tak przed chwilą ponarzekałem na tę płytę, to nie chciałbym nikogo zniechęcić do poznania jej zawartości. Długimi chwilami odnosi się wrażenie, że „Of Clocks And Clouds’ to całkiem przyjemny album. Może nie przełomowy i nie rzucający na kolana, ale przystępny i w sumie dość oryginalny. Gdybym miał go oceniać szkolną miarą, to postawiłbym mu czwórkę. Mocną czwórkę, wcale nie naciąganą.

MLWZ album na 15-lecie