Submarine Silence - Journey Through Mine

Artur Chachlowski, Submarine Silence - Journey Through Mine

Oryginalnie grupa Submarine Silence powstała jako jednorazowe przedsięwzięcie dwóch muzyków wywodzących się z grupy Moongarden – Cristiano Roversiego (bg, k) oraz Davida Cremoniego (g). W 1995 roku na składankowym albumie-hołdzie twórczości grupy Genesis pt. „The River Of Constant Change” (Mellow Records) umieścili własną interpretację utworu „Entangled” (notabene ich macierzysta formacja Moongarden zaproponowała na to samo wydawnictwo nagranie „Living Forever”). Pięć lat później opublikowali pod szyldem Submarine Silence instrumentalny album (bez tytułu), a następnie, po 13 latach przerwy, niezwykle interesującą (szczególnie dla sympatyków muzycznych klimatów a’la Genesis) płytę pt. „There’s Something Very Strange In Her Little Room” z niejakim Ricky Tonco z grupy Theatre na wokalu.

Niedawno światło dzienne ujrzała trzecia płyta Submarine Silence, na której panowie Roversi i Cremoni zaprosili do nagrań perkusistę Emilio Pizzocoli oraz wokalistę Guillermo Gonzalesa, który, choć na włoskiej scenie rockowej obecny jest już od ponad 20 lat, nie był do tej pory kojarzony z żadnym z projektów specjalizujących się w progresywnym rocku i śmiało można powiedzieć, że w efekcie naprawdę nieźle wpisał się on w stylistykę i atmosferę muzyki zespołu Submarine Silence. A ta, jak wiadomo albo też łatwo się domyśleć, wciąż utrzymana jest blisko klimatów znanych ze starych płyt Genesis. Cristiano Roversi to wielki orędownik twórczości Tony’ego Banksa i we wszystkich partiach granych przez niego na instrumentach klawiszowych wyraźnie słychać tę fascynację stylem gry pianisty Genesis. Zresztą liczne genesisowskie brzmienia grupy Submarine Silence wyczarowywane z melotronu, organów Hammonda, minimooga czy też po prostu z fortepianu, a jest ich naprawdę sporo, są bez wątpienia jednym wielkim ukłonem złożonym Banksowi.

Płyty „Journey Through Mine” słucha się wspaniale. Brzmi ona rewelacyjnie, a w niektórych fragmentach wręcz porywająco. Muszą podobać się długie partie instrumentalne (aż trzy z siedmiu utworów to długie, 8-11 minutowe instrumentale) z popisowymi solami gitar (Cremoni długimi chwilami brzmi niczym sam Steve Hackett!) oraz – podkreślam to raz jeszcze – genialnie brzmiącymi wręcz klawiszami. Wszystko to pachnie klasycznym okresem działalności Genesis, a do pewnego stopnia także wczesnym Marillionem i klimatem z niektórych płyt IQ.

Także od strony wokalnej jest dobrze. Na pewno lepiej niż na poprzedniej płycie. Gorąco polecam ten album, a szczególnie chciałbym zwrócić uwagę na trzy utwory: na trwającą ponad 12 minut kompozycję tytułową, wspaniale otwierające całość instrumentalne nagranie „The Astrographic Temple” (ilekroć go słucham na myśl przychodzi me genesisowskie „Wot Gorilla?”) oraz następujący po nim utwór „Black Light Back”. Trudno także nie zachwycić się finałowym i jedynym w tym zestawie onirycznym nagraniem „Butterflies”. Pozostałe utwory też przesiąknięte są marzycielską atmosferą i właściwie wszystkie one są wspaniale brzmiącymi epikami – prawdziwymi minicudeńkami neoprogresywnego rocka.

Niby nic odkrywczego, zgodziłbym się nawet, że do pewnego stopnia to dość przewidywalna muzyka, ale sympatycy grupy Genesis z jej „Hackettowskiego” okresu z całą pewnością nie powinni tego albumu zignorować. 

MLWZ album na 15-lecie