Machines Dream - Record

Artur Chachlowski, Machines Dream - Record

Machines Dream to kanadyjski zespół, który zadebiutował w 2013 roku albumem „Machines Dream”, a już rok później ukazał się jego następca – „Immunity” (2014). W 2016 roku światło dzienne miał ujrzeć kolejny krążek Kanadyjczyków, znany był już nawet jego tytuł („Black Science”), ale… do tej pory nie ukazał się.

W międzyczasie dziennikarz angielskiej stacji radiowej Meridian FM, Guy Bellamy, poprosił lidera Machines Dream, Craiga Westa, o przyjęcie zaproszenia do wzięcia udziału w radiowej imprezie Great Music Stories Rock Festival. Uzgodniono, że Machines Dream przygotuje na tę okoliczność około 20 minut premierowego materiału. Zespół postanowił wejść do studia i zrealizować kilka nagrań metodą „live in studio”. Sesje dobyły się 30 października i 6 listopada ubiegłego roku i ich efekty zostały wyemitowane przez Radio Meridian FM 25 listopada. Ciekawostką jest to, że zamiast 20 minut zarejestrowano aż trzy kwadranse muzyki, które zespół postanowił wydać na Święta Bożego Narodzenia w formie… bezpłatnej płyty zatytułowanej po prostu „Record”. Ten miły gest to prezent dla fanów za opóźniającą się premierę albumu „Black Science”. Co jeszcze ciekawsze, siedem utworów wypełniających program płyty „Record” to po części kompozycje znane (choć nagrane na nowo) z wcześniejszych wydawnictw (jak na przykład utwory „Toronto Skyline”, „Unarmed At Sea”, „Mad For All Seasons” z pierwszej oraz „My Ocean Is Acoustic” z drugiej płyty), a część z nich to nowe i podobno zmienione w stosunku do niewydanych oryginałów (co może brzmieć trochę dziwnie), które znajdą się dopiero w programie opóźniającej się płyty „Black Science” (jak nagrania „Black Science”, „The Cannons Cry” i „Jupiter”).

Tyle o niecodziennych okolicznościach wydania albumu „Record” (jest on wciąż dostępny do darmowego ściągnięcia pod tym linkiem: https://machinesdream.bandcamp.com/album/record-2). Teraz klika słów o samej muzyce.

Machines Dream gra rocka często określanego mianem ‘crossover prog’, a by być bardziej precyzyjnym, to powiem, że słychać, iż zespół inspiruje się klasycznymi brzmieniami grup pokroju Pink Floyd, Marillion i King Crimson. Osobiście wskazałbym też na inne, bardziej współczesne, inspiracje. Jeżeli znacie twórczość zespołów Mice On Stilts, Tool, Nine Stones Close czy Cosmograf, a także – choć może w nieco mniejszym wymiarze – Porcupine Tree, to Machines Dream porusza się po podobnych terytoriach. Choć zespół ma w swoim składzie aż dwóch gitarzystów (Rob Coleman i Jake Rendell), to akurat nie oni pełnią główną rolę w zespole. Gitarowych solówek mamy na „Record” jak na lekarstwo, natomiast do rangi instrumentu numer 1 urasta… saksofon tenorowy, na którym gra (porywająco!) Josh Norling. Saksofonowe dźwięki przewijają się wszędzie, w każdym utworze, niemal w każdej minucie tej płyty. Początkowo wydawało mi się, że jest go za dużo, że muzyka aż trzeszczy w szwach od nadmiaru saksofonowych dźwięków, ale po pewnym czasie zrozumiałem, że to właśnie saksofon nadaje życia utworom Machines Dream i podkreśla unikatowy charakter brzmienia zespołu. Ważną rolę pełnią tez instrumenty klawiszowe, zwłaszcza fortepian, na których gra Brian Holmes, i które stanowią celną osnowę, na tle której, na pierwszym planie, dzieją się rzeczy najważniejsze. I niezwykłe. Wśród nich na uwagę zasługują niezłe melodie wokalne wyśpiewywane przez obdarzonego ciepłym, hipnotyzującym głosem Craiga Westa (gra on także na basie). To jeden z ciekawszych wokalistów, jakich ostatnio miałem okazję usłyszeć. Klasa światowa. Gdy usłyszy się go raz, nie sposób zapomnieć o tej charakterystycznej barwie oraz jego „leniwej”, lecz przy tym jakże przekonywującej ekspresji. Skład grupy uzupełnia jeszcze perkusista Ken Coulter, który twardo trzyma w garści wszystkie sznurki i, kiedy potrzeba, raz po raz pociąga nimi, to nadając tempa, to zwalniając rozpędzoną muzyczną machinę Kanadyjczyków.

Muszę się przyznać, że ten kanadyjski sekstet mocno zaintrygował mnie tym, co usłyszałem na płycie „Record”. I to do tego stopnia, że wraz z oddanymi fanami nie tylko niecierpliwie czekam teraz na zapowiadany album „Black Science”, ale i wiem, że muszę rozglądnąć się za wcześniejszymi wydawnictwami, których nie znam. „Record” to niby niepozorna płyta, niby nagrana z marszu i niejako „przy okazji”, na żywo, bez zbędnych obróbek i retuszów, ale pokazująca dzięki temu jak ciekawym zespołem jest Machines Dream i jak wspaniałymi muzykami są tworzący ja instrumentaliści. Sam się dziwię, ale nowy rok jeszcze dobrze się nie zaczął, a to już drugi duży plus (po albumie grupy This Winter Machine), jaki stawiam przy płycie trafiającej w moje ręce w 2017 roku. Jak tak dalej pójdzie, to będzie to naprawdę rok… rekordowy.

MLWZ album na 15-lecie