Glass Hammer - Culture Of Ascent

Artur Chachlowski,

ImageMamy kolejny, po „The Inconsolable Secret”, bardzo udany album grupy Glass Hammer. Duży rozmach. Duża klasa. Świetna płyta. Choć wydaje mi się, że chyba nie aż doskonała jak wydany przed dwoma laty poprzednik. Mam wrażenie, że odrobinę zbyt konserwatywna i jakby chwilami zbyt zachowawcza, szczególnie w warstwie wokalnej. Dlaczego tak myślę? Zaraz do wszystkiego dojdziemy.

Najpierw spójrzmy na najnowsze dzieło amerykańskiej formacji, którą od lat dowodzi duet Steve Babb – Fred Schendel z nieco dalszej, możliwie jak najbardziej obiektywnej perspektywy. Zastosujemy swoisty „big picture” w stosunku do tego wydawnictwa, gdyż dzięki temu uda nam się łatwiej wyłowić wszelkie jego zalety i wady. Sześć kompozycji, z czego aż dwie to długie, epickie suity. Złożoność aranżacyjna i bogactwo instrumentalne. Perfekcja wykonawcza. Moogi, hammondy, melotron, kościelne organy, głębokie dźwięki gitary basowej, finezyjne gitarowe solówki i, co najważniejsze, niespotykane nigdy wcześniej na taką skalę na płytach Glass Hammer instrumenty smyczkowe. Na płycie „Culture Of Ascent” gościnnie występuje The Adonia String Trio. Dzięki niemu skrzypce, wiolonczele i altówki przewijają się w poszczególnych utworach nieomal bez przerwy. Ten zabieg powoduje, że brzmienie Glass Hammer na tej płycie przypomina mi po części to, co mogliśmy podziwiać na „Magnification” grupy Yes. Zresztą to nie koniec „yesowatych” konotacji. Płytę otwiera mocno uwspółcześniona przez Glass Hammer przeróbka kompozycji „South Side Of The Sky” ze słynnej płyty „Fragile” (1971). Na dodatek w utworze tym, a także w „Life By Light” słyszymy śpiewającego…Jona Andersona. Tak, wokalista grupy Yes zgodził się wystąpić na albumie „Culture Of Ascent” w charakterze zaproszonego gościa. Ale od razu zaznaczę, że skala wykorzystania jego wokalu pozostawia pewien niedosyt. Jon właściwie nie śpiewa, a użycza z dalekiego planu swojego głosu w mało wyeksponowanych wokalizach, które szczerze powiedziawszy, ubogacają obydwa utwory w stopniu co najwyżej w średnim. Udział Andersona to raczej symboliczny ozdobnik, a dobitniej ujmując, taki kwiatek do glasshamerowego kożucha. Obie kompozycje, w których słychać głos Andersona i tak spokojnie obroniłyby się bez jego udziału. A tak, to czuję się jakby ktoś mocno zaostrzył mi apetyt zapowiedzią smakowitego i wykwintnego dania, a potem podał... najzwyklejszy rosół. Niby smaczny, ale bez jakiegoś szczególnego raju w gębie. I tak właśnie brzmi śpiewana przez Susan Bogdanowicz odkurzona wersja „South Side Of The Sky”. Trochę smakowiciej jest w przywołanym już wcześniej utworze „Life By Light”. Śpiewa go „wypożyczony” z Salem Hill wokalista Carl Groves. I muszę przyznać, że w tym nagraniu wypada on doprawdy znakomicie. Zresztą „Life By Light” to jeden z najpiękniejszych fragmentów tego albumu. A zarazem jeden z najbardziej zanurzonych w yesowskim klimacie. Pomijając już wokalizę Andersona mamy w nim fantastyczną współpracę gitary basowej i kościelnych organów, która jako żywo przypomina nastrój znany z pamiętnej kompozycji „Awaken”.

Instrumentalnie zespół Glass Hammer prezentuje się na płycie „Culture Of Ascent” wręcz rewelacyjnie. Kompozycyjnie też wypada nieźle. Chociaż muszę przyznać, że 19-minutowa suita „Into Thin Air” odrobinę mnie wynudziła. Zbyt mało w niej energii i iskry, która pchałaby ją do przodu. Dużo lepiej wypada, trwająca kwadrans z okładem, mroczna kompozycja „Ember Without Name”. To w niej najlepiej słychać ten rozmach, o którym wspomniałem we wstępie. Bogactwo aranżacyjnie połączone z perfekcją wykonawczą, licznymi zmianami tempa oraz ciekawą wokalną interpretacją Grovesa czynią z niej prawdziwie smakowitą ucztę dla uszu. Pozostając przy kulinarnych odniesieniach, utwór ten jest zdecydowanie bardziej wykwintny niż pospolity rosół. To chateaubriand obłożone truflami w sosie z trzema pieprzami i flambirowane koniakiem.

Skoro zahaczyłem już o dział z wokalami, to obawiam się, że akurat ten sektor na nowej płycie Glass Hammer wypada najmniej udanie. O „rozczarowującym” wykorzystaniu wokalu Andersona już wspomniałem. Występ Susie Bogdanowicz jest co najwyżej poprawny. A Carl Groves, oprócz świetnych momentów, ma na „Culture Of Ascent” chwile mniej przekonywujące. Tak należałoby chyba określić jego bezbarwny śpiew w utworze „Sun Song”. Mógłby on chyba też dać z siebie więcej w kończącym płytę, skądinąd udanym, utworze „Rest”. Carl w swoim Salem Hill przyzwyczajony jest do spokojnego, dostojnego i „leniwego” śpiewania. Przenosi on niestety podobną manierę w kompozycje Glass Hammer. Jak dla mnie śpiewa on na tej płycie trochę zbyt zachowawczo, a przecież nieraz aż prosiłoby się, by rozdarł on swoje gardło nieco szerzej.

Ale nie znaczy to wcale, by to, o czym przed chwilą wspomniałem, w sposób istotny wpływało na obniżenie ogólnej oceny najnowszej płyty Glass Hammer. Mnie podoba się ona i to bardzo. Zespół nie schodzi poniżej pewnego, dodajmy: wysokiego poziomu. Album „Culture Of Ascent” trzeba pochwalić za klimat i za klasę kompozycyjno-wykonawczą całego zespołu. A że powybrzydzałem sobie trochę? Tylko dlatego, że wydaje mi się, że gdyby grupa Glass Hammer zrobiła kilka nieco odważniejszych kroków, to jej nowe dzieło nie byłoby „tylko” udanym, a kto wie czy nie wręcz wybitnym wydawnictwem.

MLWZ album na 15-lecie