Kaipa - Mindrevolutions

Artur Chachlowski,
ImageRoine Stolt należy chyba do najbardziej znanych progrockowych „zespołokrążców”. Na przestrzeni kilku ostatnich lat nie sposób wręcz zliczyć albumów, w których maczał on palce. The Flower Kings, Transatlantic, The Tangent, Karmakanic, New Groove Project - by wymienić zaledwie kilka pierwszych z brzegu przedsięwzięć z jego udziałem. A przecież mało kto wie, że rozpoczynał on swoją karierę od zespołu Kaipa. W 1975r. nagrał z nią pierwszą płytę, potem w dość krótkim czasie ukazały się 4 następne i to wystarczyło, by na początku lat 80-tych zespół ten dorobił się statusu gwiazdy szwedzkiego art rocka. Tak się jedna złożyło, że grupa się rozpadła, lecz chyba tylko po to, by w miarę upływających lat zyskała sobie miano legendy. W 2002r. ku zaskoczeniu, a zarazem radości licznych sympatyków zespół reaktywował się i powrócił bardzo ciepło przyjętym albumem „Notes From The Past”. Od tego czasu Kaipa regularnie mniej więcej co półtora roku przygotowywuje nowe albumy i oto na rynku pojawia się właśnie ten najnowszy: „Mindrevolutions”. Obok grającego na gitarach Stolta głównym filarem zespołu jest Hans Lundin (k). W składzie Kaipy znajdziemy też basistę The Flower Kings, Jonasa Reingolda. To dowód  na to, że muzycy z tego zespołu to jedna wielka serdeczna rodzina. Partie wokalne na płycie „Mindrevolutions” dzielą pomiędzy siebie Patrick Lundstrom (na codzień w grupie Ritual) oraz śpiewająca pani, ukrywająca się pod wdzięcznym pseudonimem Aleena. Co Kaipa oferuje swoim fanom na nowej płycie? Bardzo solidną dawkę dobrego progresywnego rocka utrzymaną w starym dobrym, tradycyjnym stylu, nie pozbawioną jednak wpływu współczesnych zdobyczy technicznych i najnowszych trendów stylistycznych. Centralnym punktem płyty jest trwająca 25 minut kompozycja tytułowa. I nie tylko ze względu na swoje rozmiary utwór ten sprawia zdecydowanie najlepsze wrażenie. Jest to po prostu świetna, przemyślana w każdym calu piękna artrockowa suita. Kilka innych fragmentów tego wydawnictwa („Last Free Indian”, „The Dodger”, „Remains Of The Day”) nie ustępuje jej ani na jotę. Kilku innych, być może mniej wnoszących w obraz całości, mogłoby nie być w programie tej płyty. No właśnie, płyta trwa aż 80 minut i w tradycyjnych warunkach byłby to podwójny album winylowy. Dużo muzyki. Być może odrobinę za dużo jak na jeden krążek. Ale mimo tego to wciąż wspaniała muzyka.
MLWZ album na 15-lecie