Kansas - Somewhere To Elsewhere

Artur Chachlowski,
ImageMiłośnicy muzyki grupy Kansas mają powód do sporej radości. W odstępie zaledwie kilku miesięcy na rynku pojawiły się dwa wspaniałe albumy. Najpierw, pod koniec lipca światło dzienne ujrzała nowa płyta Kansasu „Somewhere To Elsewhere”, a we wrześniu na półki sklepowe trafił solowy krążek „Glossolalia” wokalisty zespołu Steve’a Walsha.

Ale powodów do prawdziwej radości jest znacznie więcej. Płyta „Somewhere To Elsewhere” po równo 20 latach została zrealizowana przez Kansas w klasycznym, najsłynniejszym składzie: Phil Ehart (dr), Dave Hope (bg), Kerry Livgren (g,k), Robby Steinhardt (viol, voc), Richard Williams (g), Steve Walsh (voc) oraz dodatkowo Billy Greer (bg). Warto wspomnieć, że po wydanej w 1980r. płycie „Audio Visions”, kiedy to Steve Walsh niezadowolony z coraz bardziej komercyjnego brzmienia prezentowanego przez zespół opuścił Kansas, dla całego zespołu nastały chude lata. Pomimo tego, że w coraz bardziej zmieniającym się składzie nagrywano kolejne albumy, to żaden z nich ani trochę nie zbliżył się poziomem do słynnych arcydzieł „Song For America” (1975), „Leftoverture” (1976), czy przede wszystkim „Point Of Know Return” (1977). A przecież całe lata 70-te były nieprzerwanym pasmem sukcesów tej formacji, będącej amerykańską odpowiedzią na rozwijający się w Anglii kierunek zwany rockiem symfonicznym. Przepięknie rozwijające się monumentalne kompozycje z ciekawym skrzypcowo – orkiestralnym aranżem, ciekawe tematy melodyczne, charakterystyczny głos Steve’a Walsha, nieprzeciętne techniczne umiejętności wszystkich członków zespołu, a nade wszystko miliony sprzedanych płyt uczyniły z Kansas gwiazdę pierwszej wielkości, co uhonorowane zostało w 1978r. w trakcie specjalnej ceremonii w Madison Square Garden, gdzie nadano zespołowi tytuł ambasadora dobrej woli organizacji UNICEF. Popularność grupy osiągnęła wówczas swój szczyt: Kansas posiadał wtedy doskonale sprzedający się koncertowy album „Two For The Show”, superprzebój „Dust In The Wind” na czele list przebojów, a także kilka innych utworów, w tym słynny „Carry On A Wayward Son”, które powodowały, że łatwo rozpoznawalne brzmienie zespołu utożsamiano z produkcją ze znakiem najwyższej muzycznej jakości.

Dlatego też powzięta wówczas decyzja Steve’a Walsha o opuszczeniu zespołu nie tylko zaskoczyła, lecz przede wszystkim zmartwiła sympatyków grupy Kansas. Przez długie lata, pomimo usilnych prób Kansasowi nie udało się powrócić do czołówki artystów spod znaku progresywnego rocka. Nie pomógł nawet powrót Walsha, kiedy to w 1986r. reaktywowano zespół. Bo przecież w zasadniczym składzie zabrakło wtedy m.in. drugiego lidera Kansasu – gitarzysty Kerry Livgrena. Livgren, obok Walsha, był głównym dostarczycielem doskonałego repertuaru, a jego charakterystyczny styl gry nadawał kompozycjom grupy Kansas wyjątkowego wymiaru. W zespole nie było też wtedy kolejnej ważnej postaci – skrzypka i wokalisty Robbiego Steinhardta. Kilkanaście następnych lat było niekończącym się pasmem przedziwnych roszad personalnych. Doprowadziło to do tego, że sława zespołu Kansas znacznie przyblakła, a milionowa rzesza fanów na całym świecie powoli odsunęła się od swych ulubieńców. Jednak na początku tego roku muzyczny świat obiegła wiadomość, że oto wszyscy najważniejsi muzycy grupy Kansas, wszyscy jej współzałożyciele i współtwórcy największych sukcesów pracują nad nowym albumem. Zrealizowano go w prywatnym studiu Kerry Livgrena Grand Zine, a końcowy efekt w postaci materiału zamieszczonego na krążku „Somewhere To Elsewhere” przeszedł najśmielsze oczekiwania nawet najbardziej zagorzałych miłośników muzyki grupy Kansas. Już pierwsze reakcje krytyki i publiczności były bardzo obiecujące, a z perspektywy kilku miesięcy wiadomo już, że „Somewhere To Elsewhere” to jeden z najważniejszych i najlepszych albumów w dorobku zespołu. Już otwierający całość utwór „Icarus II”, który nawiązuje do kompozycji „Icarus – Borne On The Wings Of Steel” z albumu „Masque” (1975) unosi poprzeczkę bardzo wysoko. Potem mamy cudowny, pełen przepięknych partii skrzypiec „The Coming Dawn”, niezwykłej urody, utrzymaną w  iście beatlesowskim stylu piosenkę „Look At The Time” oraz co najmniej  dwie muzyczne perły, które śmiało można postawić na równi z najważniejszymi kompozycjami w całym dorobku Kansasu: „Myriad” oraz „Distant Vision”. Ciekawostką jest fakt, że całego materiału na płytę dostarczył Kerry Livgren. Nie było tak nigdy w blisko 30-letniej historii zespołu, by o repertuarze danej płyty decydował jeden człowiek. Widać stąd, że powracając do zespołu Livgren postawił wysokie wymagania co do decydującego głosu w sprawie repertuaru, ale nie można powiedzieć, że nie pozostawił swoim kolegom sporego marginesu swobody na nadanie poszczególnym kompozycjom indywidualnego charakteru, Na płycie „Somewhere To Elsewhere” tak naprawdę mamy aż 3 wokalistów. Obok Walsha, któremu jak zawsze przypada główna rola wokalna, mamy tu śpiewającego w  jednym utworze Billy Greera oraz Robbiego Steinhardta, który prowadzi linię wokalną w 2 kolejnych nagraniach. Nie brakuje tu też charakterystycznych harmonii wokalnych oraz doskonale uzupełniających się duetów. Wprawdzie pod tym względem nie osiągnięto tu mistrzostwa jak w niezapomnianej kompozycji „On The Other Side” z płyty „Monolith” (1979), gdzie Steve Walsh i Robby Steinhyardt uczynili z tego utworu prawdziwe wokalne arcydzieło, ale i tak na nowej płycie Kansasu nie znajdziemy fragmentów, które można byłoby uznać za słabe, czy mało udane. Szkoda, że tyle lat przyszło nam czekać na tak dobrą płytę grupy Kansas, ale cieszmy się, że szefowie wytwórni Magna Carta zdecydowali się na wydanie tego albumu akurat teraz. Musieli oni wprawdzie dokonać kilku karkołomnych sztuczek z uniknięciem promocyjnej kolizji z przygotowywaną od dawna solową płytą Steve’a Walsha. Album „Glossolalia” gotowy był do wydania już kilka miesięcy temu, ale postanowiono, że jego premiera nastąpi dopiero po wypuszczeniu na rynek nowej płyty Kansasu. „Glossolalia” to płyta utrzymana w stylistyce zbliżonej do twórczości grupy Kansas. Zawiera ona 10 kompozycji, których autorem jest sam Walsh i słuchając tych utworów można sobie wyobrazić jak brzmiałaby prawdopodobnie potencjalna nowa płyta grupy Kansas, gdyby nie powrócił do niej Kerry Livgren. Zresztą pośród muzyków, którzy towarzyszą Walshowi na jego albumie znajdujemy m.in. basistę Kansasu -  Billy Greera, a oprócz niego spory wkład w realizację płyty wniósł Trent Gardner  - muzyk znany czytelnikom tej rubryki, chociażby z działalności w grupie Magellan. I chociaż muzyka na płycie „Glossolalia” zasadniczo różni się od zawartości płyty „Somewhere To Elsewhere”, to charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny głos Walsha sprawia, że mamy nieodparte wrażenie, że oto mamy w ręku dzieło z półki z etykietką „Kansas”. „Glossolalia” to zdecydowanie najbardziej udane solowe wydawnictwo firmowane przez Steve’a Walsha. Ani „Schemer Dreamer” (1980), ani „Points Of Curve” (1984), ani też zrealizowane we współpracy z formacją Streets płyty „Streets” (1983) oraz „Crimes Of Mind” (1984) nie wzbudziły większego zainteresowania słuchaczy. Nowy solowy krążek Walsha to dzieło bardzo przemyślane, nowocześnie brzmiące, doskonale wyprodukowane i zawierające szereg udanych kompozycji. Szczególnie warto wyróżnić dynamiczną, pełną zmieniającego się rytmu kompozycję tytułową, doskonałe nagranie „Haunted Man”, dwie ballady „Nothing” i „Serious Wreckage”, a także dwa kolejne utwory, stanowiące romantyczne zakończenie płyty: „Mascara Tears” i „Rebecca”. Jeśli dodamy do tego swoisty muzyczny autoportret Walsha w postaci utworu zatytułowanego  – nomen omen – „Kansas”, to otrzymamy co najmniej 7 wyróżnień na 10 utworów stanowiących program płyty. Wynik to całkiem niezły. Nie może być inaczej, bo „Glossolalia” to naprawdę dobry album. Czy równie dobry jak płyta „Somewhere To Elsewhere’? Nie sposób dokonać reprezentatywnego  porównania obu tych wydawnictw. Zresztą jest to zupełnie niepotrzebne. Oba albumy bronią się same, oba są udane pod każdym względem, oba można polecić słuchaczom poszukującym unikalnego brzmienia, perfekcyjnego wykonania, a nade wszystko tego czegoś tak ulotnego i nieczęsto spotykanego na innych płytach: tej swoistej iskry bożej, tego prawdziwego mistrzostwa w dziedzinie nowocześnie brzmiącego, ale głęboko osadzonego w starej, dobrej tradycji rocka progresywnego.

MLWZ album na 15-lecie