Karnataka - Delicate Flame of Desire

Artur Chachlowski,
ImageTen album dowodzi conajmniej trzech rzeczy. Po pierwsze, że w miarę upływającego czasu pojęcie „rock progresywny” nabiera coraz bardziej pojemnego znaczenia. Po drugie, że oto ciągle rosną nam kolejne generacje twórców specjalizujących się w tym niełatwym i nie komercyjnym gatunku. Po trzecie wreszcie, że po epoce art rockowych gigantów lat 70., progresywnym odrodzeniu lat 80. i po rozkwicie rocka neoprogresywnego lat 90., u progu nowego dziesięciolecia otwierają się nowe perspektywy dla rozwoju artystycznej muzyki rockowej. Przykłady ostatnich sukcesów grup Porcupine Tree, Mostly Autumn, czy Tantalus mówią same za siebie. Karnatakę z całą pewnością zaliczyć można do ścisłej czołówki współczesnych brytyjskich wykonawców zachwycających słuchaczy nowymi pomysłami, ciekawymi rozwiązaniami i finezyjnym, nieszablonowym brzmieniem. O grupie Karnataka usłyszeliśmy po raz pierwszy przed 3 laty, kiedy to ukazał się bardzo udany album „The Storm”. Nie była to wcale pierwsza płyta tego zespołu (debiut nastąpił w 1998r.), ale progresywne media szybko okrzyknęły Karnatakę największym odkryciem roku. Po ciepłym przyjęciu albumu „The Storm” wszyscy czekali na kolejny krążek i oto trafia nam w ręce bardzo starannie wydany album o romantycznym tytule „Delicate Flame Of Desire”. Równie  dobry, równie udany i równie wspaniały, jak jego poprzednik. Znajdujemy na nim mnóstwo przewspaniale brzmiącej muzyki, ładnych wielowątkowych kompozycji (poszczególne utwory trwają po 7 – 8 minut) z fantastycznym anielskim śpiewem Rachel Jones, cudownymi długimi gitarowymi solówkami (Ian Jones i Paul Davies) oraz świetną oprawą instrumentów klawiszowych (Jonathan Edwards). Muzyka Karnataki jest niesamowicie łagodna, nieśpieszna, uduchowiona, piękna i podniosła. Czaruje i kusi swoim urokiem niczym tytułowy delikatny płomień pożądania. Takich płyt chciałoby się słuchać jak najwięcej...
MLWZ album na 15-lecie