Oh - Metallia

Artur Chachlowski, Oh - Metallia

Pochodząca z Aten multiinstrumentalistka i autorka tekstów Olivia Hadjiioannou ukrywająca się pod wziętym od jej inicjałów pseudonimem Oh stworzyła fascynujące swoim pozornym muzycznym nieładem wydawnictwo zatytułowane „Metallia”.

Jest to sześcioczęściowa epicka kompozycja utrzymana, najogólniej mówiąc, w progmetalowym stylu. Ale powiedzieć, że muzyka firmowana przez Oh to prog metal, to jakby nic nie powiedzieć. Bo „Metallia” to wielowarstwowy, dźwięczny utwór pełen gęstego brzmienia, porywających solowych gitar, licznych i zaskakujących zmian tempa, rytmicznych basów i napędzających rytm bębnów i szaleńczo brzmiącego wokalu.

Drogi Czytelniku, na początku odczujesz atmosferę totalnego chaosu. Jednak z czasem ta instrumentalna progresywno-metalowa płyta ujawni przed tobą logikę swoich zawiłości i ukryte muzyczne głębie. Sprowokuje cię do myślenia, pobudzi wyobraźnię i wciągnie w świat, powiedzmy to delikatnie: niezbyt oczywistych dźwięków. Słuchając „Metallii” spodziewaj się niespodziewanego. Nic nie jest tu oczywiste, nic nie brzmi tak, jak byś się mógł spodziewać, a zaskoczenie goni tu zaskoczenie.

Ten album nie spodoba się wszystkim, ale wiem, że będą tacy, którzy od pierwszej nuty otwierającego płytę tematu „Red Lion” będą zafascynowani i porwani przez pozornie kakofoniczną galopadę dźwięków greckiej multiinstrumentalistki. W krainie tej panuje burzliwa anarchia miażdżących gitarowych riffów, szaleńczo rozpędzonej perkusji i obłąkanego wokalu, który nie śpiewa jakiegoś konkretnego tekstu, a raczej pełni rolę dodatkowego instrumentu. Te chóralne wokalne nakładki Oh budują nieprawdopodobne napięcie dźwiękowe, a jej muzyka długimi chwilami brzmi tak, że czujesz się jak w jakimś maniakalnym muzycznym tornadzie, z którego nie ma ucieczki. Z minuty na minutę tracisz kontrolę nad rzeczywistością i w ogóle przestajesz wiedzieć o tym, co się wokół ciebie dzieje.

Dodajmy do tego jeszcze liczne plemienne elementy (jak w temacie „Dragon’s Kiss”), nerwowe pociągnięcia strun wiolonczeli w „Resurrection”, rozbujany rytm kołyszący na lewo i prawo tym muzycznym statkiem w „Bee” oraz uczucie sonicznego oblężenia spowodowanego otaczającym cię zewsząd dźwiękowym chaosem w „Androgyny” – gdy już tego wszystkiego doświadczysz, dopiero wtedy poczujesz się mile widzianym gościem w krainie dźwięków panujących w wielkim muzycznym królestwie Metallii.

Uff! Nie jest łatwo dotrzeć do końca tej, niedługiej przecież, bo ledwie 25-minutowej EP-ki, którą zamyka prawdopodobnie najmniej uporządkowany jej fragment zatytułowany „Triumph”. Słuchanie „Metallii” to bardzo intensywne doświadczenie, które, jak wszystko co intrygujące, staje się jeszcze lepsze, bardziej wartościowe i daje się docenić tylko wtedy, gdy jesteś naprawdę gotów go wysłuchać uważnie, zrozumieć każdy jego niuans i subtelne pierwiastki schowane gdzieś pod grubą skorupą trudnej w odbiorze muzyki. Olivia Hadjiiannou demonstruje nam na „Metallii” swoją przeogromną muzyczną siłę, która albo cię zmiażdży lub też w magiczny sposób wciągnie w królestwo muzycznej anarchii. Sprawdź swoje siły i możliwości sonicznej percepcji. Spróbuj. Idź na spotkanie z dźwiękami, od których pewnie rozbolą cię uszy, ale umysł będzie chłonął ten niezwykły muzyczny przekaz. Tylko nie mów, że cię nie ostrzegałem.

MLWZ album na 15-lecie