Manticore - Next Step: Flight 19

Artur Chachlowski, Manticore - Next Step: Flight 19

Szwedzki zespół Manticore od lat związany jest z audycją MLWZ na dobre i na złe. Może nie tyle sam zespół, co fragmenty jego muzyki z pierwszej płyty wykorzystane jako radiowe jingle nowości płytowych oraz kącika klasycznej kompozycji (odpowiednio intra do utworów „New Foundation” i „Future Is The Time”).

Kto choć trochę zna historię progresywnego rocka, dla tego nazwa grupy jest wyraźną definicją jej muzycznych inspiracji.  Manticore Records - tak przecież nazywała się wytwórnia płytowa powołana do życia w 1973 roku przez członków tria Emerson Lake And Palmer. Nagrywali dla niej m.in. Peter Sinfield czy zespoły Premiata Forneria Marconi i Banco Del Mutuo Soccorso, o triu ELP nie wspominając. I taka właśnie ‘Emersonowska’ muzyka, oczywiście wzbogacona o brzmienia typowe dla lat 90., dominowała na pierwszej i jedynej płycie tej szwedzkiej formacji – wydanej w 1993 roku „Time To Fly”. I z niezrozumiałych dla mnie względów, zupełnie niezauważonej wtedy w świecie progresywnego rocka. Po jej wydaniu zespół Manticore zapadł się pod ziemię i dopiero teraz, w połowie 2018 roku, a więc po 25 latach przerwy, dość niespodziewanie ukazuje się album nr 2 – zatytułowany „Next Step: Flight 19”.

Z oryginalnego składu pozostało w Manticore tylko dwóch muzyków. Trzon grupy nadal tworzą nadal bracia Holmbergowie: Ulf (gitary, a teraz także instrumenty klawiszowe) oraz Göran (pod nieobecność Kjella Janssona przejął on wszystkie obowiązki wokalne, a ponadto gra na basie i akustycznych gitarach). Oprócz nich w zespole mamy dwóch nowych ludzi: perkusistę Pera Östlinga oraz gitarzystę Jona-Terje Sundberga. Niestety nie ma już w Manticore keyboardzisty Erika Olssona, który na pierwszej płycie tak udanie budował Emersonowskie hymnowe klimaty i jak z rękawa wyciągał prawdziwe muzyczne asy w postaci chwytliwych, patetycznych i, przede wszystkim, szybko zapadających w pamięć, instrumentalnych zagrywek. Nic dziwnego, że powracający po 25 latach Manticore to już trochę inaczej (zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie) brzmiący zespół. Jest jeszcze jedna istotna zmiana: o ile płytowy debiut trwał 65 minut, to nowy krążek zamyka się zaledwie w 38-minutowych rozmiarach. W dodatku zawiera on stosunkowo mało premierowej, napisanej przez nowy skład, muzyki, jakby świadomie koncentrując się tym razem na coverach. W programie płyty „Next Step: Flight 19” znajdujemy m.in. „I Believe In Father Christmas” Grega Lake’a, „Release, Release” z repertuaru grupy Yes, a także „Cold Is The Night” śpiewane przed laty przez Johna Wettona. Inny jest więc ciężar gatunkowy nowego albumu, choć i tak warto sięgnąć po to wydawnictwo, chociażby dla dwóch dobrze prezentujących się premierowych utworów. Mowa tu o dziesięciominutowym epiku „The Answer”, który idealnie wpisuje się w epicką konwencję współczesnego prog rocka, a także o zdecydowanie najmocniejszym punkcie programu nowej płyty w postaci utworu tytułowego „Flight 19”.  To właśnie dzięki niemu powraca pamięć o niezapomnianym stylu, jaki Manticore wypracował na swoim płytowym debiucie. Ponadto na niewątpliwą uwagę zasługuje instrumentalny temat „Beginnings”, który w ciekawy sposób otwiera niniejszy album.

No cóż, powroty bywają różne. Czasem lepsze, czasem gorsze. W tym przypadku, prawdę powiedziawszy, chyba nikt nie wyczekiwał na muzyczny comeback tej szwedzkiej formacji. Dlatego ten akurat powrót może, moim zdaniem, okazać się wyjątkowo udany. Bo na „Next Step: Flight 19” znaleźć można sporo solidnej, doskonale zagranej muzyki, która spodoba się z pewnością sympatykom twórczości ELP, The Flower Kings czy IQ. Dlatego – pomimo rozczarowująco niewielkiej ilości nowego materiału – chciałbym polecić to wydawnictwo. A jak już się komuś spodoba, to z całego serca zachęcam do sięgnięcia po niestety dawno wyprzedany już krążek „Time To Fly”. To dla mnie jeden z wciąż nieodkrytych skarbów neoprogresywnych lat 90. 

MLWZ album na 15-lecie