Deferrari, Emiliano - Monty

Artur Chachlowski, Deferrari, Emiliano - Monty

Emiliano Deferrari urodził się w Genui w 1977 roku. Zaczął grać na gitarze w wieku 6 lat i niedługo potem nagrywał już własną muzykę w profesjonalnym studiu. Ze swoimi rozlicznymi zespołami grał i śpiewał jazz, rock i world music. W 2005 roku, po zamieszkaniu w Rzymie, wyprodukował swój pierwszy solowy album pt. "SO_LO". W latach 2007 - 2011 Emiliano koncertował jako The Loop Duo z Adriano Areną. W 2010 roku wydał solowy album nr 2 - "Light Fears”, a od 2008 roku pracuje nad projektem Nanaue z Matteo Nahum. Kilka lat temu przeniósł się do Brukseli i tam właśnie powstała jego najnowsza płyta.

"Monty" to trzeci album w jego dorobku. Wszystkie utwory to kompozycje Emiliano, a napisane przez niego teksty śpiewane są po włosku. Emiliano gra praktycznie na wszystkich instrumentach słyszanych na płycie (fortepian i instrumenty klawiszowe, bas, perkusja, gitara klasyczna, akustyczna i elektryczna, skrzypce, saksofon i programowanie), a o pracy nad nowym krążkiem opowiada on tak: „Jeszcze przez rozpoczęciem nagrań zdałem sobie sprawę, że moja ostatnia solowa praca pochodzi z 2010 roku, więc zamknąłem się w studiu na długie sesje wypełnione komponowaniem i improwizowaniem (to dziedzictwo moich niedawnych pierwszych wprawek w jazzie). Większość utworów powstała w niecały miesiąc, a po raz pierwszy od lat użyłem włoskich tekstów. Chciałem inaczej użyć mego głosu, aby podkreślić muzyczne wizje odpowiednio skorelowane z tekstami”. Trzeba zaznaczyć, że teksty są na tej płycie wyjątkowo krótkie, by nie powiedzieć lapidarne. Bo to chyba nie słowa, a muzyka jest na „Monty” najważniejsza. "Jeśli chodzi o koncepcję albumu, - kontynuuje Emiliano - to opisuje ona powolne zejście głównego bohatera do piekieł, po którym następuje odrodzenie i poszukiwanie równowagi pomiędzy zmieniającymi się siłami, postawami i wolą jednostki”.

A jak jest muzycznie? To dziwna płyta. I trudna. Wypełniających jej program utworów nie można nazwać piosenkami. Dużo w nich jazzu, improwizacji i nieprzewidywalnych dźwięków. Poszczególne utwory, które spotykamy na albumie „Monty” układają się w taki sposób, że łatwo jest podzielić album na dwie umowne części: pierwszą - muzycznie bardziej jazzową i najwyraźniej improwizowaną, podczas gdy druga jest bardziej rytmiczna i dynamiczna, z perkusyjnym automatem i z powtarzającymi się niczym mantry, refrenami, co sięga swojego zenitu w finałowej i najlepszej na płycie kompozycji „Fuoco”.

Całość rozpoczyna się od zapętlonej gitary z efektami podobnymi do melotronu w kilkudziesięciosekundowym intro „Aria”. Wyłania się z niego jazzujący utwór „Essere”, po czym następuje kolejne mocno osadzone w jazzrockowej stylistyce nagranie „Ecco”. Następnie mamy jedną z najciekawszych pod względem melodycznym kompozycji na płycie, „L’altroverso”, po której rozpoczyna się „Vuoto” – jeszcze jeden niezwykle niepokojący, acz wielce intrygujący pod względem instrumentalnym kawałek.

Zatytułowany z angielska (choć zaśpiewany po włosku), oparty na mocarnym rytmie basu utwór „Get It Right”, to początek bardziej rytmicznej i nasączonej elektroniką części albumu. Również angielskim tytułem opatrzony jest „White Life”, ale tytułowa fraza pojawia się w tekście tylko raz. Reszta śpiewana jest przez Emiliano po włosku. W nagraniu tym pojawiają się mocno karmazynowe klimaty, tak z okolicy płyty „Discipline”. Zwraca uwagę świetna praca klasycznych gitar (z licznymi flażoletami) w tytułowym, mocno minimalistycznym i filmowo brzmiącym temacie "Monty". Klimatycznie robi się przy szumie morskich fal… To zarazem jedyny na niniejszej płycie utwór w pełni instrumentalny. No i na koniec następuje wspomniany już przeze mnie, prawdziwy gwóźdź programu całego albumu w postaci „Fuoco”.

Jak wspomniałem, trudna to płyta, ale czy miałoby to kogoś z naszych Czytelników zniechęcić przed poznaniem jej muzycznej zawartości? Z pewnością nie.

MLWZ album na 15-lecie