Brooks, Aaron - Homunculus

Artur Chachlowski, Brooks, Aaron - Homunculus

Aaron Brooks to lider nieistniejącej już amerykańskiej formacji Simeon Soul Charger, o której kolejnych płytach pisaliśmy wielokrotnie na naszych łamach (zapraszam do działu Recenzje). Kilka lat temu zapadła decyzja o rozwiązaniu zespołu, Aaron zamieszkał w Niemczech i przy producenckiej pomocy od dawna zaprzyjaźnionych muzyków z RPWL, Kalle Wallnera i Yogi Langa, którzy równocześnie są szefami coraz prężniej funkcjonującej wytwórni Gentle Art Of Music, przygotował swój pierwszy solowy album, który pod tytułem „Homunculus” ukaże się na rynku 21 września br.

W porównaniu ze swoją macierzystą formacją, na „Homunculus” Aaron Brooks przedstawia swoje o wiele bardziej wyciszone, często oparte na fortepianowych frazach, muzyczne oblicze. Jednak trudno nazwać tę płytę nostalgiczną czy melancholijną. Lepsze słowo to: eklektyczna. Na jej program składa się aż czternaście utworów. Często zróżnicowanych zarówno pod względem stylistycznym, jak i aranżacyjnym. Można w nich wyłapać rozliczne muzyczne konotacje: a to inspiracje grupą Muse („Wake Up The Mountain”), Roxy Music („Lies”), Nickiem Cave’em („Jesus”), balladami Tracy Chapman („Nobody Knows What It’s Like To Be Someone Else”), a nawet późnymi Beatlesami („Consume”). Słychać tu też postpunkową rebelię („Everybody Dies”), są tu pseudomusicalowe kuplety („Bodega, Bodega”), jest odrobina rockowej americany (ciekawie wykorzystane banjo w „By Your Halo Or The Fork Of Your Tongue”), jest też miejsce na swoisty rockowy pastisz („What Is A Man But An Animal’s End”). Nie muszę dodawać, że z audiofilskiego punktu widzenia, słucha się tych nagrań z w prawdziwą przyjemnością. Wszystkie one są przez Aarona i towarzyszących mu muzyków (m.in. wymieniona wyżej dwójka z RPWL) starannie wykonane i brawurowo zaaranżowane (zwracam uwagę na sekcję smyczkową m.in. w „The Idiot” i „I’m Afraid”).

Nad wszystkim króluje krystalicznie czysty i ciekawy wokal głównego bohatera. Śpiew i wokalne interpretacje Aarona są, bez dwóch zdań, największym atutem tej płyty. Płyty, która wprawdzie jest zbyt mało spójna, by zachwyciła jako całość, lecz paradoksalnie dzięki temu możemy w pełni podziwiać wszechstronność interpretacyjną Aarona Brooksa. Tak sobie myślę, że idealnie by było, gdyby znalazł on dla siebie zespół złożony z kompetentnych muzyków, w otoczeniu których wykorzysta on i zademonstruje w pełni swój naturalny talent.

MLWZ album na 15-lecie