Habitants - One Self

Przemysław Stochmal, Habitants - One Self

Gdy w 2009 roku ukazywała się pierwsza płyta grupy The Gathering nagrana po odejściu wokalistki Anneke van Giersbergen, sposób, w jaki zespół obsadził puste miejsce przy mikrofonie, mocno mnie rozczarował. Głos zaangażowanej na stałe Norweżki Silje Wergeland brzmiał zbyt pospolicie, nazbyt też zbliżając się do estetyki goth-rockowych diw. Zespół zostawił jednak margines albumu dwóm innym śpiewającym paniom, wśród nich niejakiej Anne van den Hoogen, która wykonała piosenkę „Capital Of Nowhere”. Utwór ten właśnie dzięki jej występowi stał się w moim przekonaniu jedynym punktem albumu, w którym nowy głos kobiecy właściwie uzupełniał się z estetyką i ideą muzyki The Gathering. Przede wszystkim zaś brzmiał czarująco.

Niewykorzystany potencjał dla muzycznego świata The Gathering jednak nie przepadł. Podczas gdy grupa zawiesiła czynną działalność, jej współzałożyciele, bracia Hans i René Rutten w 2015 roku powołali do życia nową formację Habitants, w roli wokalistki obsadzając właśnie Anne van den Hoogen.

Habitants w wielu aspektach przedstawia się jako naturalny kontynuator spuścizny The Gathering, nie tylko, rzecz jasna, dzięki mniej lub bardziej ścisłym personalnym konotacjom, których po zajrzeniu do informacji z okładki płyty można by wymienić niemało. Przede wszystkim jest to powrót do specyficznego muzycznego mikrokosmosu, odrealnionego, atmosferycznego, i to powrót w wielkim stylu. Gitarzysta René Rutten, który po opuszczeniu grupy przez brata stanowił wraz z partnerką Gemą Pérez (również grającą na gitarze) siłę twórczą kompozycji, dzięki przez lata wyrobionemu shoegaze’owemu zmysłowi i post-rockowemu warsztatowi zadbał o niezwykły nastrój wypełniającej album „One Self” muzyki. Całości dopełnił przepiękny śpiew wspominanej Anne van den Hoogen, którego walory „The West Pole” zaledwie zwiastował, tu zaś brzmi on dojrzale, fascynując elegancką kobiecością.

Praca nad płytą „One Self” przebiegała w skrajnie różnych emocjonalnie sytuacjach. W trakcie nagrywania Rutten i Pérez cieszyli się wyczekiwaniem narodzin dziecka. Album wciąż był na etapie tworzenia, gdy nowonarodzone dzieciątko zmarło. Nietrudno wyczytać z muzyki Habitants zwłaszcza te posępne emocje, choć „One Self” nie jest albumem epatującym rozpaczą, rozgoryczeniem czy tęsknotą. Muzyka ta przynosi raczej coś w rodzaju pełnej spokoju i oddechu refleksyjności nad życiem w ogóle, snutej z pewnym sennym dystansem, jak to w przypadku najlepszych dokonań Ruttena dla The Gathering bywało. Sama zamykająca album kołysanka, zatytułowana chłopięcym imieniem „Vince”, łamie serce swoją subtelnością, lecz jako koda albumu nie pozostawia przygnębiającego wrażenia, a wręcz przeciwnie, zapala jakiś płomyk nadziei.

Ten przepiękny, obdarzony wyjątkową atmosferą album na pewno nie będzie odpowiedni na każdą okazję, jednak bieżąca pora, gdy wieczory robią się coraz dłuższe i chłodniejsze, wydaje się być idealną dla wzbudzania dźwięków, jakie „One Self” przynosi. Przyjmując zaś perspektywę sympatyka muzyki spod znaku The Gathering, można by śmiało uznać, że gdyby płytę nagrano pod tym kultowym szyldem, byłby to zdecydowanie najbardziej udany album formacji po odejściu sławnej liderki. Tymczasem, mamy do czynienia z ogromnie udanym debiutem, któremu warto oddać wieczory i poświęcić własną samotność.

MLWZ album na 15-lecie