Rambaldi, Neil - A Call To The Wild

Artur Chachlowski, Rambaldi, Neil - A Call To The Wild

Nie pamiętałem nawet, że swego czasu prezentowałem już muzykę Neila Rambaldiego w audycji MLWZ. Przypomniał mi o tym management amerykańskiego gitarzysty przysyłając mi najnowszy album Neila zatytułowany „A Call To The Wild”. Okazuje się, że musiało być to w 2002 roku, kiedy to ukazał się pierwszy album w dorobku naszego bohatera - „Perpetual Horizon”. Tymczasem nie wiadomo kiedy minęło ponad 15 lat i Neil, który w międzyczasie przeniósł się z New Jersey do Los Angeles, powraca teraz z albumem nr 2.

Na nowym krążku Rambaldi najwidoczniej pochłonął dobre muzyczne wibracje z Zachodniego Wybrzeża, ponieważ poszczególne utwory zawierają niezwykłe bogactwo stylistycznej różnorodności, tonacji, faktur i kolorów, które wskazują na jego muzyczny rozwój od czasu debiutu. Słyszymy tu klasyczny rock, rock progresywny, hard rock, blues, metal, a nawet odrobinę soulu, latynoskiego jazzu i flamenco. W każdym z tych gatunków Neil demonstruje bajeczną technikę, zachwycając swoimi nośnymi riffami granymi w nieomal akrobatyczny sposób. Zniewala solówkami w optymistycznym rockerze "When the Days Were Young", uderza w czułą nutę emocji w dramatycznym utworze "The Day The Tides Stood Still", zachwyca latynoamerykańskim klimatem jazzu i flamenco w stylu Santany w "Mi Corazon" oraz klasycznie akustycznymi klimatami w "And The Sun Goes Down..." i „Paradise Lost” – to tylko kilka przykładów na różnorodność stylów i technik, którymi płynnie się posługuje. Oczywiście w gronie 13 kompozycji można znaleźć też mnóstwo hardrockowych nastrojów, takich jak na przykład w "Everything You Say", są tu też bluesowe brzmienia w „The Day The Tides Stood Still”, progrockowe jazdy bez trzymanki z prześlicznie łkającą gitarą w „The Sleeper”, hymnowy hard rocker „Brave New World”, futurystyczny „The Punchline”, jazzujący „Shadow Armada” i zadziwiający swoją niemalże metalową energią „Wild Seed". Praktycznie każdy utwór ma swoją intrygującą melodię, która zapada w pamięć odbiorcy.

„A Call To The Wild” to coś znacznie więcej niż tylko instrumentalny album. Bo de facto wyłącznie instrumentalnym on nie jest (w niniejszym zestawie znajdujemy kilka utworów wokalno-instrumentalnych). Jest za to prawdziwą ucztą dla uszu dla każdego, kto potrafi docenić efektowną, czasami wręcz akrobatycznie graną muzykę napędzaną przez dźwięki dobywające się z sześciu strun gitary. Neil Rambaldi to nie tylko wybitny instrumentalista, ale także utalentowany autor piosenek. Artysta rozwijający się. Gorąco polecam i mam nadzieję, że nie będzie musiało minąć 15 kolejnych lat zanim ponownie usłyszymy nowe dźwięki wychodzące spod palców tego niesamowicie utalentowanego muzyka.

Dla zainteresowanych załączam link do filmiku promującego płytę „A Call To The Wild”: https://youtu.be/vnn3XTdEvgg .

MLWZ album na 15-lecie