C Sides Project, The - 10 Days

Artur Chachlowski, C Sides Project, The - 10 Days

Walijski zespół C-Sides powraca swoim trzecim albumem. Dwa poprzednie omawialiśmy na naszych małoleksykonowych łamach: dość udany debiutancki album „Devitrification” ukazał się w 2011 roku, a drugi krążek, który mnie osobiście mocno rozczarował – „We Are Now” Are Now”, w 2017. Teraz Walijczycy powracają z płytą nr 3 pod nieco zmienioną nazwą, jako The C-Sides Project.

Skład grupy praktycznie niewiele się zmienił, zatrudniono jedynie dodatkową wokalistkę Sian Elson, a to dlatego że nowa płyta zatytułowana „10 Days” jest koncept albumem opartym na pewnym wydarzeniu, którego główną bohaterką była kobieta. Konkretnie, amerykańska dziennikarka Nelly Bly, której po zatrudnieniu w redakcji New York Time w 1887 roku pierwszym zadaniem było napisanie artykułu o zakładzie psychiatrycznym dla kobiet na Blackwell’s Island. Zatajając swoją tożsamość, dała się zamknąć w zakładzie, wystawiając się na trudne, a niekiedy mrożące wręcz krew w żyłach, warunki w nim panujące.

Dziennikarka spędziła w zakładzie 10 dni i o nich właśnie opowiada ta płyta. Poszczególne utwory, które układają się w jedną zamkniętą muzyczną całość, nie mają tytułów, są oznaczonymi kolejno „dniami 1-10”. Dzięki temu cały album nabiera nowego wymiaru i z muzycznego punktu widzenia jest zdecydowanie najdojrzalszym dziełem Walijczyków. Sekwencja poszczególnych elementów płyty jest bardzo płynna i poza otwierającym całość „Day 1” oraz zamykającym fragmentem „Day 10” praktycznie nie sposób wyłonić konkretnych utworów. Osobiście bardzo podoba mi się sekwencja krótkich tematów od „Day 4” do „Day 8”. Bardzo dużo się tu dzieje, klimat zmienia się jak w kalejdoskopie, a dynamiczne tempo zmusza odbiorcę do uważnego słuchania i śledzenia akcji. Muzycznie cały czas obracamy się po progresywnych rejonach nawiązujących do klimatów klasycznych dla tego gatunku z lat 70. Bardzo dobrze przemyślana jest konstrukcja płyty, utwory są napędzane złożonymi sygnaturami czasowymi, partie instrumentalne (szczególnie gitary Martina Rossera, którego niektórzy pewnie pamiętają z grupy Magenta) i bogate aranżacje wynoszą grupę o szczebel wyżej w porównaniu z poprzednimi płytami, zaś wokalny męsko-żeński dwugłos Allen McCarthy – Sian Elson naprawdę pozostawia bardzo dobre wrażenie.

Dwa słowa o wokalistce. Nie wiem czy Sian Elson znalazła się w C-Sides tylko dla potrzeb tego konkretnego konceptu i czy zostanie w grupie na dłużej, ale w jej głosie, którego barwa czasem przypomina Christinę z Magenty, a ekspresja niekiedy niepokojąco przybliża się do Kate Bush, można się po prostu zakochać.

I jeszcze jedno, w formie nieformalnego bonusu, na samym końcu albumu, umieszczono dodatkowy utwór opatrzony ‘normalnym’ tytułem. Jest to niespełna czterominutowa kompozycja „On Reflection”. To najprawdziwsza muzyczna bajka. Akustyczne cudeńko. Jedno z najwspanialszych nagrań, które ukazały się na progrockowych płytach w 2018 roku…

Całkiem dobra to płyta. Zdecydowanie lepsza od poprzednich. I prawdę powiedziawszy, lepsza niż się po C-Sides się spodziewałem. Znowu zacząłem wierzyć w ten zespół. Albumem „10 Days” zrobił on krok we właściwym kierunku.

MLWZ album na 15-lecie