Octavarium - Dystopia

Artur Chachlowski, Octavarium - Dystopia

To jest muzyka! To jest symfoniczny rock na miarę XXI wieku! Gdy kilka miesięcy temu przedstawialiśmy w audycji MLWZ muzykę grupy o nazwie Octavarium z jej debiutanckiego dwupłytowego albumu „The Road” zachwytom nie było końca. Nie przypuszczaliśmy jednak, że niedługo ten szwedzki zespół zarzuci nas aż taką ilością tak świetnej muzyki. W międzyczasie opublikowane zostały dwie kolejne płyty: „Beyond The Horizon” i „Out Of Time”, a całkiem niedawno Mattias Ohlsson wypuścił na rynek album nr 4: „Dystopia”. Album epicki, progresywny i koncepcyjny, którego akcja rozgrywa się w nieodległej przyszłości. Płyta łączy w sobie szeroką paletę różnych stylów muzycznych, od heavymetalowych klimatów po sekcje orkiestrowe, od melodyjnych gitarowych riffów po pastelowo brzmiące klawiszowe solówki, od rozedrganych melodii po brzmienia wywołujące ciarki na plecach, przez cały czas przywołując to tu, to tam powracające motywy i melodie. Dzieło fascynujące pod każdym względem.

Mieszkający w Malmö Mattias Ohlsson to mózg Octavarium. To on wymyślił tę nazwę będącą hołdem dla pamiętnego albumu grupy Dream Theater, to on jest autorem całej muzyki, to on realizuje i produkuje kolejne płyty swojego zespołu, a właściwie to projektu, do którego zaprasza okazjonalnie niezbędnych mu muzyków. Na płycie „Dystopia” ważną rolę odgrywa Eric Gillette z zespołu The Neal Morse Band. Wykonuje on solówki na gitarze oraz instrumentach klawiszowych. Lecz cała reszta jest dziełem Mattiasa.

Album zaczyna się od intro zatytułowanego „On The Bridge”. To hipnotyczny muzyczny klucz do albumu, który wprowadza słuchacza w klimat opowieści. Począwszy od kompozycji nr 2 „Futuristic Overture”, staje się jasne, że album nabiera cech muzyki będącej wypadkową progresywnego oblicza twórczości grup Dream Theater, Shadow Gallery i Symphony X, z subtelnymi wpływami zespołu Genesis (szczególnie po stronie syntezatorowej) i Pink Floyd. Można naprawdę zakochać się w tej muzyce. Gitarowe solo w połowie czwartej minuty jest po prostu zachwycające. John Petrucci nie powstydziłby się tak cudownie łkającej gitary. A to dopiero początek, bo ten trwający ponad 70 minut album ma wiele chwytających za serce emocjonalnych momentów.

Znajdziemy je już w następnym numerze, „Breakout”, który wydaje się pierwszym ‘prawdziwym’ utworem na płycie. Zachwycają w nim epickie fortepianowe melodie, zwłaszcza na początku utworu. Jest to bardzo potężnie brzmiący, niezwykle solidny fragment tej płyty, która tak naprawdę nie ma ani jednego słabego punktu. Ciężkie, epickie i poskręcane brzmienia narastają coraz bardziej im jesteśmy bliżej końca tego utworu, kiedy to na pierwszy plan wysuwa się prawdziwa potęga sekcji instrumentalnej. Kolejny temat nasączony świetnymi rozwiązaniami melodycznymi to „Running Free”. Wielce chwytliwy numer będący ukoronowaniem połączonych ze sobą czterech utworów stanowiących nieformalną, dwudziestominutową suitę, która niczym podmuch huraganu zmiata wszystko, co napotka na swojej drodze. Każdorazowo, gdy słucham tego fragmentu płyty, czuję się wgnieciony w fotel niewytłumaczalną siłą przekazu tej wspaniałej muzyki.

Teraz czas na utwór tytułowy. "Dystopia" to kolejne (ciekawe czy przy którymś tytule nie użyję tego określenia?) fantastyczne nagranie. Dynamit w brzmieniu i genialna konstrukcja. Jeszcze lepsze wykonanie. Bardzo emocjonalny śpiew, głos Ohlssona naprawdę brzmi niesamowicie, a w finale mamy porywające syntezatorowe solo utrzymane w stylu Tony’ego Banksa. Utwór nr 6 to „Coming Home”. Pojawiają się w nim powracające tematy z wcześniejszych części albumu, a muzycznie i lirycznie jest to na pewno jedna z najlepszych piosenek na płycie. Z jednej strony - potęga brzmienia, niesamowita muzyczna energia nasączona emocjami i obudowana wspaniałymi solówkami, a z drugiej – całkiem przystępna piosenka. Kolejne nagranie, „Whispers On The Wind”, w swej konstrukcji przypomina balladę, ale Mattias Ohlsson nie byłby sobą, gdyby nie zastosował tu sprytnego twistu. Po kilku minutach, gdy wydaje się, że utwór dobiega już końca, chwyta on za gitarę i rozpoczyna się trwające kilka minut (sic!) chyba najpiękniejsze gitarowe solo na tym albumie. Solo brzmiące tak szczerze i emocjonalnie, a przy tym tak bardzo pinkfloydowsko, że bardzo szybko całość stała się moim ulubionym fragmentem całego wydawnictwa. Brzmi to po prostu świetnie, a gitara jest wręcz mistrzowska. Wiem, wiem, powtarzam się…

Pora teraz na pięciominutowy utwór instrumentalny „Utopia”, który przywołuje ducha genesisowej muzyki z okolic albumu „Abacab” i zarazem stanowi wstęp, czy może lepiej przygotowanie, do porywającego finału albumu, na który składają się dwie kompozycje. Najpierw mamy spokojną „This Is The End” z licznymi odniesieniami do produkcji wczesnego Spock’s Beard i balladowego Dream Theater. A na samym końcu płyty znajdujemy szesnastominutowego długasa „World Reborn”. To złożona, wielowątkowa (znowu powracają tu przewijające się już wcześniej pewne tematy) i posiadająca naturalny flow kompozycja. Rozpoczyna się od dalekich głosów dobywających się z interkomu oraz atmosferycznym fortepianem, by po chwili wystrzelić feerią potęgi instrumentalnego brzmienia i wydobywającymi się spod palców Ohlssona i Gillette’a finezyjnie brzmiącymi melodiami. Znakomity to finał. Piękne zakończenie tego porywającego w każdej swojej minucie albumu. Wielkie epickie arcydzieło. Jak i cały album zresztą. Utrzymany może w nieco konserwatywnym, ale jakże dojrzale brzmiącym stylu. Nie muszę dodawać, że produkcja utrzymana jest na najwyższym poziomie, a poziom wykonawczy - bezbłędny. Prawdziwe muzyczne święto. Bardzo wysmakowana i zadziwiająco piękna to płyta, w sam raz dla niepoprawnych symfoniczno-rockowych i neoprogresywnych marzycieli.

MLWZ album na 15-lecie