Neal Morse Band, The - The Great Adventure

Artur Chachlowski, Neal Morse Band, The - The Great Adventure

Jak skutecznie zmierzyć się z sukcesem poprzedniej płyty? Dodajmy: podwójnej, epicko brzmiącej płyty? Najlepiej nagrać… kolejną podwójną płytę. „Let the great adventure now begin” – ostatnie zdanie z wydanego w 2016 roku albumu „The Similitude Of A Dream”” okazało się prorocze. Wielka przygoda trwa. Bo oto trzymam w ręku nowy, wydany pod koniec stycznia dwupłytowy album The Neal Morse Band zatytułowany „The Great Adventure”.

Z wielu względów można go nazwać kontynuacją wydanej dwa i pół roku temu poprzedniej płyty. To równie opasłe, dwupłytowe dzieło składające się z 2 aktów, 5 rozdziałów i w sumie aż 22 muzycznych tematów układających się w wielką epicką całość. Nawet graficzny projekt okładki jest niemal identyczny. I skład grających muzyków też (Bill Hubauer (k, v), Eric Gillette (g, v), Randy George (bg), Mike Portnoy (dr, v)). No i sama muzyka: wspaniała, epicka, zachwycająca. A w roli głównej oczywiście sam Neal Morse. W wielkiej, fenomenalnej wręcz formie. „Byłem przekonany, że następca „The Similitude Of A Dream” będzie albumem całkowicie od niego różnym, tymczasem poszedłem w stronę, którą podpowiadało mi serce” – tak opowiada on o nowej płycie. Istotnie, w największym skrócie należy stwierdzić, że „The Great Adventure” zawiera te wszystkie elementy, które fani muzyki Neala Morse’a kochają najbardziej: jest tu rock, jest metal, są pierwiastki jazzrockowe, piosenkowe, orkiestrowe, są liczne powracające tematy (tym razem najczęściej przewijają się one w dwóch częściach utworu „Welcome To The World” oraz w „To The River”). Są też nośne, przebojowe wręcz nagrania, wśród których na wyróżnienie zasługuje wspomniane już „Welcome To The World”, „The Great Despair” czy na przykład „I Got To Run”. Co zachwyca to przestrzeń, szczególnie w zakresie wokali, jaką Neal pozostawił swoim kolegom. Partie, w których główne linie wokalne prowadzą panowie Portnoy, Hubauer czy Gillette należą do najlepszych na płycie. I zdecydowanie urozmaicają one brzmienie całego zespołu.

Album „The Great Adventure” skomponowany jest i wykonany z niebywałym rozmachem, posiada niesamowite tempo i flow, który nie pozwala ani na chwilę na wyłączenie się z posuwającej się do przodu, utwór po utworze, akcji. Pod wieloma względami przypomina mi on – a konkretniej poszczególne jego rozdziały – rozbudowane, wielowątkowe suity supergrupy Transatlantic.

Z pewnością „The Great Adventure” nie sposób nazwać dziełem przełomowym w dorobku Neala Morse’a. Na pewno też nie dziełem, które potencjalnie mogłoby wyznaczać nowy etap, czy – jak domagają się krytycy twórczości naszego bohatera – stylistyczny przełom w jego dorobku, ale dla zwolenników (a tych jest przecież znacznie więcej niż przeciwników) dokonań Morse’a będzie to kolejna, blisko dwugodzinna smakowita muzyczna uczta. Ba, jak zwykle w przypadku tego pana utrzymana na najwyższym, liczonym według najlepszych progrockowych standardów, poziomie.

MLWZ album na 15-lecie