Neal Morse Band, The - The Great Adventure

Przemysław Stochmal, Neal Morse Band, The - The Great Adventure

„Let the great adventure now begin...” – tymi słowami kończyła się epicka muzyczna opowieść zatytułowana „The Similitude Of A Dream”. Obietnica Wielkiej Przygody złożona przez Neala Morse’a po ponad dwóch latach właśnie się ziszcza – „The Great Adventure” to tytuł nowej płyty formacji The Neal Morse Band, będącej kontynuacją swojej poprzedniczki.

Ponad półtoragodzinna epopeja, pod względem muzycznym skonstruowana na podobnej zasadzie, korzystająca z tych samych literackich inspiracji, opatrzona niemal identyczną okładką, trwająca niemal tak samo długo – nawet w przypadku artysty tak silnie przywiązanego do własnej prog-rockowej estetyki jak Neal Morse, najprościej byłoby pomysł na taki sequel podsumować krótko – to nie ma prawa się udać. A jednak. Podczas gdy przekleństwem tego typu płytowych kontynuacji bywa nieodzowność oceny przez pryzmat najczęściej bardziej udanej „pierwszej części”, która zresztą zdarza się być jedyną miarą recenzji, tutaj sytuacja wygląda zgoła inaczej – wszak porównania w tym przypadku, niejako wbrew zdrowemu rozsądkowi i statystykom wskazują, że oto – być może – mamy do czynienia z albumem jeszcze bardziej udanym.

Trudno jednoznacznie wskazać, na czym miałaby polegać przewaga nowego nad perfekcyjnym przecież dziełem „The Similitude Of A Dream”. Teorie o lepszym zgraniu zespołu przy pracy nad trzecim albumem brzmiałyby jak truizm. Wspomniane zasady, według których podjęto się napisania i stworzenia tegoż concept-albumu były w zasadzie tożsame z tym, czym kierowano się poprzednim razem. Owszem, do tak barwnej i bogatej w środki formuły nadal udaje się Morse’owi i kolegom przemycać elementy, zwłaszcza brzmieniowe, które w pewien subtelny sposób ożywiają hermetyczną stylistykę (warto przy okazji zwrócić uwagę choćby na pojawiające się tu i ówdzie brzmienie organów kościelnych – środek uznany w klasycznym prog-rocku, a tu, z uwagi na duchowe przesłanie muzyki Morse’a - znakomicie pasujący). To jednak niuanse, które jedynie delikatnie mogą różnicować oba albumy, nie świadczą zaś w żadnym razie o potencjalnej wyższości „The Great Adventure”.

Tym, co dla mnie osobiście przemawiałoby na korzyść nowego albumu, jest fakt, że wśród tej misternej struktury, w której instrumentalne progresywne pasaże perfekcyjnie korespondują pod dyktandem inteligentnych paralel ze świetnymi piosenkami, ten ostatni element wypada jeszcze korzystniej niż poprzednio. „Mccartneyowski” gen niezłomnego tworzenia porywających melodii, który posiadł Neal Morse, tutaj zdaje się ziszczać jeszcze pełniej - opasły podwójny album to nie tylko półtoragodzinna historia, progresywne opus magnum, ale i nieprzebrany zbiór znakomitych piosenek, na nowej płycie jeszcze bardziej charakternych i lepiej zapadających w pamięć („Welcome To The World”, „I Got To Run”, „Vanity Fair”, „The Great Despair”, to tylko część tytułów, które po latach mogą być pierwszymi skojarzeniami związanymi z „The Great Adventure”).

Przyglądając się szerokiej dyskografii Neala Morse’a, nietrudno wysnuć wniosek, że tworzenie prog-rockowych epopei od zawsze było jego nadrzędnym sposobem na karierę. Jednak wykreowanie dwóch kolosów o podobnie wysokiej klasie, jeden po drugim, nawet przy kompozytorskiej współpracy ze znakomitymi postaciami, z gruntu wydaje się być zadaniem karkołomnym. Warto jednak sprawdzić samemu, czy przypadkiem faktycznie zespół nie stanął na głowie i nie zaproponował jeszcze większych muzycznych atrakcji. Let the great adventure now begin!

MLWZ album na 15-lecie