Esthesis - Raising Hands EP

Artur Chachlowski, Esthesis - Raising Hands EP

Czasem zdarza się tak, że zupełnie niespodziewanie trafi ci w ręce jakaś płyta, do której początkowo podchodzisz z pewnym uprzedzeniem, lecz gdy do twoich uszu dotrą pierwsze dźwięki, wiesz żeś trafiony jest w samo serce.

Tak właśnie było z muzyką grupy o nazwie Esthesis. Że debiutanci, że z Francji, że wydali właśnie swoją pierwszą płytkę, że zafascynowani są brytyjskim rockiem progresywnym, że mają nadzieję na podbicie muzycznego świata, że nader długa lista muzycznych fascynacji obejmuje takie nazwy i nazwiska, jak Pink Floyd, Porcupine Tree, Steven Wilson, King Crimson, Kate Bush, Nosound, Dead Can Dance, Massive Attack, że inspirują ich także filmowi i klasyczni kompozytorzy pokroju Angelo Badalamentiego, Ennio Morricone i Erika Satie? Ileż razy już coś takiego słyszałem? Ileż było takich zespołów? Ileż płyt z podobnymi informacjami trafiło do mojej skrzynki na listy?...

Choć powyższe to pytania retoryczne, to jednak spróbuję na nie odpowiedzieć szczerze: wiele. Naprawdę tak wiele, że nie potrafię zliczyć. Dlatego nie zdziwcie się, że nie śpieszyłem się ze wsunięciem srebrnej płyty tej francuskiej grupy do odtwarzacza, tym bardziej, że akurat raz po raz przychodziły do mnie egzemplarze innych, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bardziej intrygujących wydawnictw. Wydawnictw, na które niecierpliwie czekałam. A to najpierw Hackett porwał moje serce, a to w odtwarzaczu kręcił się non stop nowy Lebowski, a tu nareszcie Dreamy ujawniły się z nową (dobrą!) muzyką, a tu jeszcze w dodatku wciąż nadchodziły nowe promosy od Mostly Autumn, RPWL i Rudessa oraz lawina norweskich progresywnych nowości z wytwórni Apollon i Karisma.

Płyta „Raising Hands” ze swoją niepozorną okładką leżała gdzieś z boku i czekała na swoją kolej. I nawet sam nie wiem co sprawiło, że jakimś cudem trafiła wreszcie do odtwarzacza. Być może wystarczającym powodem był jej krótki czas (niespełna 40 minut), więc pewnie wiedziony jakimś trudno wytłumaczalnym instynktem włożyłem ją do szufladki mojego Technicsa i… poszło! Tak poszło, że dziś mogę to śmiało powiedzieć: Esthesis to dla mnie jedno z najprzyjemniejszych muzycznych objawień ostatnich miesięcy. Dawno już muzyka wcześniej kompletnie nieznanego, można by rzecz, że stawiającego swoje pierwsze kroki, zespołu tak bardzo mnie nie poruszyła, jak materiał zawarty na „Raising Hands”.

Esthesis założony został w 2013 roku przez Auréliena Goude’a. Początkowo był to jego solowy projekt, ale szybko przeistoczył się w regularny zespół i obecnie składa się z czterech muzyków: Aurélien Goude śpiewa i gra na instrumentach klawiszowych, David Delavoipière na gitarach, Charles Thumloup na gitarze basowej, a Yann Pousset na perkusji. Zgodnie z informacjami zawartymi w materiałach reklamowych, muzyka zespołu Esthesis nawiązuje do brytyjskiego prog rocka i rzeczywiście jego stylistyka jest spójna z tym, co usłyszeć można na przykład na płytach Stevena Wilsona, nagranych zarówno z formacją Porcupine Tree (z późniejszego okresu jej działalności), jak i na jego płytach solowych. Produkcje Esthesis charakteryzują się różnorodnymi i zmieniającymi się nastrojami, z ciekawymi, często mocno rozbudowanymi sekcjami instrumentalnymi i wykonywanymi przez Goude’a po angielsku bez śladu obcego akcentu (co jest rzadkością u francuskich wokalistów) partiami wokalnymi. Płyta „Raising Hands” to ten rodzaj grania, który nie jest oparty na wirtuozerii technicznej, lecz bardziej ukierunkowany jest na nastroje i emocje.

Już od pierwszych dźwięków otwierającej płytę kompozycji „Raising Hands Pt. 1” zdajemy sobie sprawę, że Esthesis kładzie akcenty na melodie i skrzętnie budowanie atmosferycznych klimatów. W ciągu kilku sekund znajdujemy się w sercu tajemniczej aury wyjętej jakby z filmowego soundtracku. Nagle to melancholijne arpeggio przechodzi w drugą część tytułowej kompozycji „Raising Hands Pt.2” - już wokalnej, a przy tym bardziej dynamicznej, chwilami niespokojnej, napędzanej orientalnymi brzmieniami oraz prawdziwą potęgą wysublimowanego brzmienia. To bardzo mocny punkt programu płyty, ze swoimi ośmioma minutami muzyki wynoszącymi brzmienie Esthesis w epicko-pompatyczne rejony, w wielu miejscach ewidentnie nawiązujące do Jeżozwierzowych patentów.

Kolejne utwory – „Sleepers” oraz instrumentalny „Hunger” - to już oczywiste nawiązania do twórczości Porcupine Tree, tak z okolic płyt „Deadwing” i „Fear Of A Blank Planet”. Instrumentarium oparte jest na klawiszowych plamach a’la Barbieri oraz surowych gitarach, a pulsujący dźwięk Edwinowskiego basu momentalnie przywodzi na myśl jednoznaczne skojarzenia.

Na koniec mamy utwór niezwykły. Gdyby trzeba było wymienić tylko jeden tytuł, w którym Esthesis kumuluje istotę swojego stylu i który miałby być dźwiękową wizytówką grupy, to przywołanie utworu „Silent Call” jest wyborem najlepszym z możliwych. Ta blisko dziesięciominutowa ballada głęboko zanurzona w pinkfloydowskich klimatach napędzana szlachetnym brzmieniem melotronu, ozdobiona przeuroczą solówką oraz obdarzona zapadającą w pamięć linią melodyczną śpiewaną przez Goude’a w spokojny, dostojny, niemal leniwy sposób. Dokładnie tak jak to ma w swoim zwyczaju bosonogi Steven. Kompozycja ta zamyka to wydawnictwo w najpiękniejszy możliwy sposób. Taki, że od razu chce się włączyć ten krążek od początku.

Powiem Wam szczerze, dobrze że odkryłem ten wielce ekscytujący świat muzyki grupy Esthesis. Bardzo lubię w nim przebywać. I zachęcam Was do tego, by wejść w ten konglomerat uroczych brzmień, wspaniałych melodii oraz niezwykłych, chwilami wręcz magicznych, klimatów.

MLWZ album na 15-lecie