Eris Pluvia - Tales From Another Time

Artur Chachlowski, Eris Pluvia - Tales From Another Time

Historia grupy Eris Pluvia jest dosyć osobliwa. Jak dla mnie, chyba już wszystko co ukaże się pod tym szyldem pozostanie w cieniu pamiętnej i kultowej w pewnych kręgach płyty „Rings Of Earthly Light” wydanej w 1991r. Niewątpliwie miała ona przed laty istotny wpływ na pozytywny rozwój, czy wręcz na odrodzenie, włoskiej sceny progrockowej. Swoją drogą dobrze byłoby powrócić na małoleksykonowych łamach do tego albumu, gdyż z nieznanych mi powodów nie opisaliśmy go jeszcze na naszym portalu. To taka mała uwaga na marginesie… Tuż po wydaniu „Rings Of Earthly Light” zespół Eris Pluvia rozwiązał się i gdy wydawało się, że bezpowrotnie, w 2010 roku niespodziewanie ukazała się druga, a kilka lat później trzecia płyta. Obie nagrane w mocno zreformowanym składzie i w stylu, głównie za sprawą nowych wokalistów, subtelnie różniącym się od płytowego debiutu. O szczegółach mieliśmy okazję pisać na łamach MLWZ.PL recenzując płyty „Third Eye Light” (2010) oraz „Different Earths” (2016). Tymczasem miło mi poinformować, iż w marcu br. ukazał się kolejny krążek firmowany przez Eris Pluvia zatytułowany „Tales From Another Time”.

A na nim sześć, przeważnie długich i bardzo długich utworów oferujących rozbudowane sekcje instrumentalne i pastelowe dźwięki subtelnie grającego fletu oraz spokojnego, nienachalnego śpiewu. Obecny skład zespołu składa się z gitarzysty Alessandro Cavatortiego, grającego na basie, fortepianie, syntezatorach Marco Forelli, wokalisty Roberto Minnitiego oraz flecistki Roberty Piras.

Album rozpoczyna się od dwóch krótszych kompozycji. „When Love Dies” to instrumentalny utwór, który zaczyna się spokojnymi fortepianowymi nutami i fletem, a w dalszej części dołącza do nich gitara akustyczna. Po dwóch minutach melancholii pojawiają się instrumenty perkusyjne i bardziej tradycyjne rockowe brzmienia z perkusją, gitarą elektryczną i klimatem zaczerpniętym z pinkfloydowskiego arsenału muzycznych sztuczek. „Lost In The Sands Of Time” to pierwszy utwór wokalny i zaczyna się łagodnie od nastrojowych gitar i przetworzonej perkusji. Zespół po chwili zdecydowanie wchodzi z mocnym uderzeniem i syntezatorowym riffem, a wokale stają się bardziej intensywne. Dobra to piosenka, lecz jak dla mnie za mało w niej elementów, które poruszyłyby słuchacza do tego stopnia, by na dłużej przykuć jego uwagę.

Następnie pojawia się pierwszy z trzech epików: blisko 18-minutowa trzyczęściowa kompozycja „La Chanson de Jeanne”. Zaczyna się ciekawym gitarowym intro zawieszonym na tle pełnego instrumentarium, by po kilkudziesięciu sekundach pojawił się przyjemny wokal Marco, któremu w drugiej zwrotce towarzyszy gościnnie występująca w tej jednej kompozycji Ludovika Strizoli. Po kilku minutach atmosfera zmienia się diametralnie: z klasycznie wokalno-instrumentalnego utworu przeradza się to w minimalistyczną syntezatorową melodię, na tle której pojawiają się akordy pełne kosmicznych dźwięków i innych efektów, a także przepuszczone przez interkom mówione (po włosku) i śpiewane (po angielsku) naprzemienne męskie i kobiece głosy. Jeszcze później pojawia się mocna instrumentalna część pełna progrockowego szaleństwa. Wreszcie, finałowa sekwencja tej kompozycji rozpoczyna się majestatyczną partią organów i przeszywającym gitarowym solo przeplatającym się z melodią graną gdzieś w tle na syntezatorze i wreszcie całość wieńczy miła partia fletu. Może się podobać. To jeden z dwóch moich najbardziej ulubionych fragmentów tego albumu.

Utwór nr 4 - „The Call of Cthulu” - trwa 12 minut. Zaczyna się trochę ciężej: na tle delikatnych dzwoneczków wchodzi efektowana gitara z perkusją grającą znacznie mocniej niż we wcześniejszych utworach. Klimat trochę Hackettowski, jakby z końcówki płyty „Wind And Wuthering” Genesis (zanim wyłoni się finałowy „Afterglow”). Gdy ten instrumentalny wstęp dobiega już końca, słyszymy szemrzący strumień, echa odległej burzy oraz przeszywające te naturalne odgłosy organy, na tle których wchodzi wokal (dzieje się to dopiero w 5. minucie) i tak oto rozpoczyna się bardzo przyjemna piosenkowa część tej kompozycji. Wreszcie ostatnie trzy minuty to powrót do kilku słyszanych wcześniej tematów melodycznych, ale zdecydowanie pogłębionych, zagranych głośniej, efektowniej, na pograniczu patosu. No i finałowe solo na gitarze, które brzmi tak, że aż ciarki chodzą po plecach. Potem wyciszenie, znowu przyjemnie szemrzący strumień i pomruk oddalającej się burzy… Bardzo przyjemny kawałek muzyki.

Teraz kolej na jeszcze jeden krótszy utwór - „Last Train to Atlanta”. Flet przeplata się tu z akustyczną gitarą oraz delikatnie punktującą perkusją. Wszystko to brzmi delikatnie, nostalgicznie i… w sumie byłoby to dość przyjemne, gdyby nie fakt, że melodyczny motyw przewodni jakoś nie zapada w pamięć. Wylatuje jednym, a wypada drugim uchem. Znacznie lepiej jest w wieńczącym płytę utworze pt. „The Hum”. To kwadrans spokojnie, a przy tym konsekwentnie rozwijającego się progrockowego grania. To muzyczna epopeja w pięciu aktach. Organy, fortepian, flet, gitara i orkiestrowe efekty budują niesamowity klimat, a główny temat melodyczny szybko wdziera się w pamięć. Klimat budowany jest powoli, ale konsekwentnie. Narasta z minuty na minutę, łącząc w sobie coraz to większą paletę dźwięków dobywających się z dostawianych niczym cegiełki w budowanym domu, kolejnych instrumentów. I te długie, nostalgicznie brzmiące (cudowne partie fletu i gitar!) dźwiękowe pasaże… Brzmi to wszystko doprawdy znakomicie. W utworze tym jest mnóstwa serca i duszy, co czyni go kompozycją godnie kończącą to, było nie było, interesujące wydawnictwo.

„Tales From Another Time” to bardzo spokojny, może nawet odrobinę zbyt spokojny, album. Pełen ładnych, delikatnie i nieśpiesznie granych melodii oraz pastelowych dźwięków fletu. Utrzymany w klimacie zawieszonym w (prog)rockowej przeszłości, a zarazem brzmiący dość nowocześnie. Urzekający swoją naturalną prostotą i totalnym brakiem nadęcia. Nie wiem na jak długo go zapamiętamy i co z niego zostanie nam na lata (myślę, że przynajmniej dwie kompozycje - „The Hum” oraz „La Chanson de Jeanne” – mogą stać się przyszłymi klasykami), ale z własnego doświadczenia powiem, że pięknie się wita tegoroczną wiosnę przy tak pięknych dźwiękach, jak te które dobywają się z nowej muzyki Eris Pluvia.

MLWZ album na 15-lecie