AL.L.Anonim - Żywioły

Dariusz Skrzydło, AL.L.Anonim - Żywioły

Wiecie, co to majstersztyk? Wiecie. A znacie pierwotne znaczenie tego słowa?

Otóż w średniowieczu czeladnik, by zostać mistrzem w swym fachu, musiał wykonać taki właśnie majstersztyk. Pracę, która była namacalnym dowodem na to, że czeladnik opanował już wszystkie tajemnice swego rzemiosła.

Dlaczego o tym piszę? Bo według mnie takim majstersztykiem jest płyta AL.L.Anonima, która ostatnio wpadła w moje ręce. Anonim udowadnia, że tajemnice komponowania i grania na gitarach nie mają przed nim tajemnic. Mówię - gitarach, bo muzyk na „Żywioły” sam nagrał wszystkie partie tego instrumentu (gitary basowa, elektryczne, akustyczna), do tego zagrał na harmonijce i zaprogramował większość partii bębnów. Prawdziwy człowiek-orkiestra. A że rzemiosło zna wyśmienicie, świadczą choćby zamieszczone na Żywiołach” covery dwóch kawałków Ten Years After – „I’m Going Home” i „Love Like A Man”. Mówiło się kiedyś o Alvinie Lee, gitarzyście wspomnianej grupy, że jest „najszybszym gitarzystą świata”. Anonim wcale mu techniką nie ustępuje.

Dobrze, o coverach i ukłonie w stronę historii już powiedziałem. No, nie całkiem. Bo na płycie jest jeszcze jedna przeróbka, „Street Corner Talking” grupy Savoy Brown. Odegrany z szacunkiem, ale i czadem.

Jak słucha się natomiast utworów, które skomponował sam Anonim? Wyśmienicie! (z jednym zastrzeżeniem, ale o nim potem). I tu przydaje się moje porównanie tej płyty do średniowiecznego majstersztyku. Bo czegóż tu nie ma… Jest niemal progmetalowy „Kur zapiał”, nastrojowo mroczne „Kryminal Store” i „Dookoła świata”, orientalizujące „Ole!!!”, reggae’owa „Konstytucja” czy „Un ritmo allegretto” rozpoczynający się gitarą a’la flamenco, przeradzający w rasowy progrock z przejmującą solówką gitary. Czego mistrzowie nauczyli, Anonim po swojemu przetworzył i bardzo smakowicie nam podał.

I wszystko byłoby nadzwyczaj pięknie, bo to i fajne kompozycje, i fajne brzmienia, i zagrane to z nerwem i wdziękiem. Byłoby, gdyby nie… ta drażniąca, syntetyczna perkusja. Czasem drażni bardziej („Kur zapiał”), czasem mniej („Dookoła świata”), ale jednak przy naprawdę ciekawych, niebanalnych partiach gitary robi wrażenie czegoś odstającego od reszty. Gdybyż tak zagrał tu żywy bębniarz, ech… Szkoda! A tak, zamiast płyty świetnej, mamy tylko dobrą.

I jak już przy marudzeniu jestem – przetworzony wokal nie pozwolił mi w całości zrozumieć tekstu „Żywiołów”, który, sądząc z podtytułu, jest dla autora ważny. No trudno, starcze uszy już wszystkiego nie wychwytują.

Podsumowując – czy warto posłuchać? Zapewniam, że tak. Ta płyta to jak pudełko z czekoladkami Forresta Gumpa – każdy znajdzie coś dla siebie: metalowiec, regałowiec, progfan, miłośnik klasyki czy nawet poezji śpiewanej. I, choć każda z tych estetyk wydaje się być kompletnie z innej parafii, doskonale łączy je kunszt wykonawczy i brzmienie Anonima.

Czekam na kolejną płytę! Mam nadzieję, że pójdzie w stronę klimatów „Dookoła świata” czy „Un ritmo allegretto”, bo to moi osobiści faworyci z tej płyty.   Moja ocena: mocne 4.

MLWZ album na 15-lecie