Lion Shepherd - III

Maurycy Nowakowski, Lion Shepherd - III

Widziałem Lion Shepherd na żywo, zrobiłem też podejście pod poprzedni album i powiem szczerze, nie jest to zespół, który by mnie przy pierwszym kontakcie zachwycił. Niby odnotowałem dobre momenty, przebłyski błyskotliwości, zalążki ciekawszych tematów, ale zawsze miałem wrażenie, że w decydującym momencie było to urwane albo przywalone banalnym metalowym uderzeniem, w czym upatrywałem tendencji do chodzenia na łatwiznę i doszukiwałem się pewnych deficytów kompozycyjnych. Tym bardziej pozytywnie zaskoczyła mnie „III”, bo to naprawdę bardzo interesująca płyta, która z chodzeniem na łatwiznę i banałem nie ma nic wspólnego.

Na początek liczby. Jedenaście utworów składa się na godzinną porcję muzyki. Kompozycje utrzymane są w rozsądnych długościach – od czterech do ośmiu minut. Ta górna granica sugeruje, że mamy do czynienia z pewnymi ambicjami progresywnymi i zawartość albumu to potwierdza. Piosenki na szczęście nie są pompowane na siłę. Układ jest uczciwy – utwory są treściwe, trwają tyle ile jest potencjału w pomysłach. Nie odnotowałem lania wody, ani piętrzenia nic nie wnoszących partii instrumentalnych. Jeśli już panowie rozpędzają się, to są to wyłącznie celne rozwinięcia zasygnalizowanych wcześniej motywów. Brzmi to raczej surowo. Eksponowana jest szarpliwa gitara w rękach Mateusza Owczarka, wysoko w miksie stoją też notowania perkusji, za którą ciężko pracuje Maciej Gołyźniak, a najsilniejszym magnesem przyciągającym uwagę jest wokal Kamila Haidara. Przyznaję, że ten układ się sprawdza. Całość brzmi kompletnie, wiarygodnie i atrakcyjnie, a głos i sposób interpretacji Haidara mogą się podobać. Wokalista ma ciekawą, niebanalną barwę, poza tym potrafi śpiewać bardzo ekspresyjnie, bez wchodzenia w drażniące rejestry, czy manieryzmy.

Kompozycje. To ciekawa, powiedziałbym nawet inteligentna kombinacja rocka, metalu, muzyki akustycznej i wpływów World Music. Recepta na pierwszy rzut oka wygląda może mało oryginalnie, bo wielu już próbowało uszyć coś ciekawego z tych właśnie elementów. Kwestią decydującą o jakości takich prób są często proporcje. Tutaj dobrano je idealne. Orientalne przyprawy nadają egzotycznego smaku, elementy metalowe dodają wykopu, ale głównym motorem kolejnych kompozycji są wyważone struktury rockowe. Schematy są takie jakie być powinny w tego typu muzyce – dobrze trzymają konstrukcje utworów, ale na pierwszy rzut oka trudno je zauważyć, dzięki czemu zespół unika monotonności i ma łatwość nienachalnego zaskakiwania. Utwory, choć dopracowane, zachowały intrygujący spontaniczny charakter. Wielkim atutem jest tu też niewymuszona intensywność – składnik muzyczny niezwykle trudny do osiągnięcia. Nie można jej wymyślić, nie można napisać, ani wymusić na producencie, czy wycisnąć z konsolety. Trzeba ją po prostu uzyskać. Lion Shepherd bardzo naturalnie ją uzyskuje i to stanowi o sile tej muzyki. Kolejnym atutem jest melodyka. Na „III” melodii jest sporo i stoją na dobrym poziomie. Nie ma tu choćby jednej kompozycji w której zespół odpuściłby sferę melodyczną. Choć taktyka zespołu opiera się raczej na budowaniu ściany dźwięku, narastaniu kompozycji, to faktem jest, że fundamentem tych konstrukcji zawsze jest jakiś dobry, a czasem nawet bardzo dobry motyw.

Najmocniejsze punkty? W sumie jest dosyć równo, ale kilka numerów leciutko się wybija. Bardzo dobry i reprezentatywny jest początek albumu. „Uninvited” niepostrzeżenie narasta z poziomu przyjemnie bujającego World Music do nieco toolowej ściany dźwięku zbudowanej z ciężkich gitarowych fraz. Linia melodyczna ciekawie kontrastuje tu z intensywną warstwą instrumentalną. Do imponującej ściany dźwięku rozrasta się też „Good Old Days”. Ten utwór to z jednej strony dowód na dobry warsztat kompozytorski, bo to po prostu ładna piosenka, a z drugiej pokaz instrumentalnej mocy zespołu. Panowie swobodnie maszerują od łagodnego, chwytliwie bluesowego początku, który brzmi jak klasyczna ballada „wędrowcza”, przez zagrane z werwą refreny, aż po istny rollercoaster w końcówce. Świetna robota Kamila Haidara, który śpiewa tu z wielkim przekonaniem i mocą, godną ciężkiego blues-rockowego numeru. A ostatnie dwie minuty, to już magia wykonawcza i siła motywu, na którym całość została oparta. Grzmiąca perkusja Gołyźniaka i intensywne, gęste strumienie gitar Owczarka budują imponującą konstrukcję, łączącą w sobie transowość psychodelii i mocarną ekspresję bluesa.

Podobnie poprowadzony jest „Vulnerable”. Początek jest odrobinę smooth-jazzowy, z łagodnymi wokalizami w tle, klimatycznie akompaniującym fortepianem i intrygującym motywem basowym serwowanym przez Roberta Szydło. W czwartej minucie surowe frazy gitary Owczarka i bezpardonowe uderzenie Gołyźniaka sygnalizują, że utwór zmieni charakter i dynamikę. Świetnym zabiegiem jest wyeksponowanie przyczajonej, budzącej niepokój partii basu i nałożenie na to sugestywnych zagrywek gitary. Od tego momentu utwór zaczyna niespiesznie narastać, a Owczarek na bardzo absorbującym dialogu sekcji wycina efektowne solo.

Znakomity jest też „Toxic”. Brzmieniowo nieco inaczej ustawiony. Zabarwiony dźwiękami pianina i smyków, jakby odrobinę elektro-funkowy (znów świetna partia basu Roberta Szydło), zwieńczony naprawdę zjawiskowymi refrenami. Cudnej urody linia wokalna oparta jest tu na przeciągniętej, przesterowanej frazie potężnie brzmiącej gitary. Kombinacja ta prawdziwie elektryzuje. To jeden z najbardziej poruszających momentów albumu. Wyróżniłbym też „What Went Wrong?”. Jest to wyraźnie dyskretniejszy numer, ale doceniam umiejętność zredukowania biegu i przygotowania piosenki pod radio bez zauważalnej straty jakości.

Instrumentalnie. Naprawdę nie trzeba być wybitnym melomanem, żeby zorientować się, że Lion Shepherd to zespół bardzo mocny instrumentalnie. Tego grania – pomijając nawet zalety kompozycji – po prostu dobrze się słucha. Mateusz Owczarek wyrasta na jednego z najzdolniejszych polskich gitarzystów młodego pokolenia. Ma szeroką paletę brzmień. Jak uderza to mocno i celnie, jak wzrusza to głęboko. Potrafi zagrać i na metalowo i na gilmourowo, ciężką frazą i subtelnym motywem, efektownie na pierwszym planie i dyskretnie z tła. I riffem i solówką. Do wyboru, do koloru. To materiał na wybitnego instrumentalistę, a fani dobrego gitarowego rzemiosła powinni być zadowoleni z tego, co zrobił na tym albumie. Podobnie jest z partiami perkusji, ale nie ma się co dziwić, skoro pałeczki dzierży taki fachura jak Maciej Gołyźniak. To jeden z najciekawszych, najwszechstronniejszych i najaktywniejszych polskich perkusistów ostatnich lat. Wkomponował się do Lion Shepherd z łatwością. Łączy w typowy dla siebie sposób moc, dynamikę i nieczęsto spotykaną elegancję, co powoduje, że jego partie choć świetnie poukładane brzmią świeżo i spontanicznie. To jego zróżnicowane uderzenie w największym stopniu przeprowadza zespół od bujających, orientalnych fragmentów do ciężkich metalowych czy heavy rockowych partii instrumentalnych. Gołyźniak imponuje niewiarygodnym wręcz zmysłem układania pogmatwanych i niebanalnych partii perkusyjnych tak, że nawet w najgęstszych segmentach każde uderzenie ma swoje najwłaściwiej dobrane miejsce. Cechuje go niesamowite wyczucie. Bardzo dobrze wypada też we współpracy z Robertem Szydło, muzykiem odpowiedzialnym za partie basu. Szydło, choć jak wynika z notki zawartej w książeczce nie jest regularnym członkiem zespołu, wykonał swoją robotę więcej niż solidnie. Jest kilka momentów na tej płycie, kiedy bas „robi różnicę” i wyróżnia się błyskotliwymi, przyciągającymi uwagę motywami (choćby wspominane już „Vulnerable” i „Toxic”).

Reasumując. Jest naprawdę zaskakująco dobrze. W sumie sporo atutów, a przyczepić się nie ma do czego. Tym bardziej, że wraz z kolejnymi przesłuchaniami atuty stają się coraz wyraźniejsze, a to co początkowo nie przekonywało, zaczęło się bronić. Słowem jest to jeden z tych albumów, które zyskują z czasem. Daleki jestem od hurra optymizmu, bo nawet dwie jaskółki wiosny nie czynią, ale faktem jest, że ukazała się w tym roku druga po „Galactice” Lebowskiego bardzo dobra polska „artrockowa” płyta. A mamy dopiero kwiecień. Trzymam kciuki za Lion Shepherd. Przede wszystkim za to, żeby udowodnili jakość tego materiału na trwającej właśnie trasie koncertowej, a później nie tracili czasu i poszli za ciosem. Dobrze byłoby potwierdzić, że bardzo dobry poziom „III” nie jest przypadkiem. Najlepiej już w przyszłym roku. Brakuje konsekwentnych i trwałych grup grających w tym stylu i na tym poziomie.

MLWZ album na 15-lecie