Walfad - Colloids

Krzysztof Wieczorek, Walfad - Colloids

Bywają chwile gdy świat cię przerasta i potrzebujesz chwili wytchnienia. Możesz wówczas wejść do swego azylu i otworzyć księgę. Kładziesz ją ostrożnie na kolanach, powoli odchylasz okładkę i już po chwili otacza cię świat pełen różnorodnych dźwięków i zapachów. Jest tajemniczo, ale już wiesz, że jesteś u siebie. A to dopiero „Intro”. A dalej jest jeszcze ciekawiej, bo chwilami słyszysz nuty sprzed lat, które ukształtowały Twą świadomość i zawsze sprawiały ci radość, a jednak wiesz, że to nie to samo. Te są nieco inne, czerpią wprawdzie z tradycji lecz przefiltrowane zostały przez młodość i inną wrażliwość. Nie wiodą Cię przez stare, wydeptane ścieżki, jednak sprawiają, że ufasz im i chcesz za nimi podążać. Czujesz się jak w domu i zaczynasz rozumieć, że właściwie od dawna tego szukałeś. Rozglądałeś się, nasłuchiwałeś dźwięków dobiegających z bardzo daleka, a tymczasem okazało się, że wystarczy ucho przyłożyć blisko. Na przykład w Wodzisławiu Śląskim.

Stamtąd właśnie pochodzi dzisiejszy bohater – grupa Walfad. Wojciech Ciuraj – jej lider to młody, jednak bardzo zdeterminowany muzyk (artysta, instrumentalista, wokalista, wizjoner – można wybrać do woli, jednak niczego nie skreślać, bo wszystko pasuje). Obdarzony został wyjątkowym głosem. Można oczywiście szukać jakichś porównań i nawiązań, ale chyba nie warto. Jest po prostu „rasowy”, choć oryginalny i na szczęście nie zmanierowany. Ze swoim zespołem nagrał już wcześniej trzy ciekawe płyty, dowodzące, że wciąż się rozwija i nie stoi w miejscu. „Colloids” to kolejna, niedawno wydana, w dwóch wersjach językowych – po polsku i angielsku (sam nie wiem, która lepiej brzmi – obie godne są uwagi). Wojtek również niedawno opublikował swój pierwszy album solowy „Ballady bez romansów”, penetrujący jednak nieco inne obszary niż te, które przemierza z zespołem. Słuchałem i również jestem pod wrażeniem – naprawdę warto posłuchać, ale to temat na inną opowieść. Wróćmy do Koloidów. Istotnie, ta muzyka przypomina zgodnie z definicją pojęcia mieszaninę substancji, z których jedna jest rozproszona (zawieszona) w drugiej. Inspiracje i pomysły wzajemnie się tu przenikają, tworząc jednak na przekór regule spójny i jednorodny produkt. Mamy tu prawdziwe bogactwo brzmień i choć wszystkie wydają się jakoś znajome, to łącznie tworzą naprawdę wciągającą całość, która ani na moment nie jest wtórna. To czterdzieści minut dobrego grania, które nawet swą długością przypomina format dawnej płyty analogowej, a nie często przegadanego krążka CD. Wszak mędrcy już dawno stwierdzili, że w takim właśnie przedziale czasowym można efektywnie skupić uwagę. A naprawdę warto. Na płycie prócz wspomnianego „Intro” pojawiło się jeszcze sześć utworów.

Drugi w angielskiej wersji (taką dysponuję) nosi tytuł „In a Powder Keg” i chyba w istocie bardziej przypomina beczkę prochu niż kocioł. Zaczyna się perkusyjnie i rytmiczne, a już po chwili pojawia się troszkę leniwa solówka gitary, troszkę przypominająca brzmieniem TĘ gitarę. Ale to tylko chwila i ponownie wracamy do zwartych riffów. Brzmienie gęstnieje i pojawia się elektryzujący wokal (znowu jakby znajomy, a jednak inny). Krótko i treściwie, by za moment znów zaintrygować kolejną solówką gitary, wspartą niezbyt nachalnym, acz wyraźnym brzmieniem stylizowanym na Hammonda. Daje to opowieść pełną zwrotów, a nie zlepek technicznych popisów. Wszystko budzi narastającą ciekawość. Dalej mamy „Sisyphus` Sons”. Trochę klimatem i treścią nawiązujący do dramatu Syzyfa. Kulminacja, zmierzająca do finału okazuje się jednak zwodnicza, a rozwiązanie przechodzące w kolejną kompozycję w istocie zapowiada podjęcie przez tytułowego bohatera kolejnej beznadziejnej próby. Nieco zaskakująco zabrzmiała tu mandolina, choć dzięki niej udało się wprowadzić do utworu nieco oniryczny, niemal śródziemnomorski klimat. Nadal ciekawie wypada śpiew wokalisty. Czwarty z kolei, tytułowy utwór „Colloids” to prawdziwe opus magnum albumu. Prawdziwie progresywny, rozbudowany, hipnotyczny, wciągający, wręcz epicki. I znów mamy tutaj TĘ gitarę, kapitalnie podejmującą dialog ze świetnie brzmiącymi klawiszami. Pojawiają się też czytelne echa innych prekursorów stylu (celowo ich nie wymieniam). To bynajmniej nie zarzut, bo zespół zgrabnie unika męczących mielizn, zaś całość brzmi naprawdę nowocześnie. Mamy intrygujące zwroty, jest młodzieńczy gniew i bunt, a obok mocniejszych akcentów pojawia się nuta liryzmu i subtelności. Po nastrojowym, subtelnym wstępie całość zmierza do mocnej kulminacji, po czym znów pojawia się wolniejsza część z nastrojowym wokalem, by w końcówce znów namieszać, tym razem ostro szarżującą gitarą. Mimo pozornej prostoty kompozycja do łatwych nie należy. Muzykom, mimo budowanego napięcia, udało się utrzymać spójność przekazu. Połączyli mocne brzmienie i mrok z melodyką, refleksją i optymizmem. „Colloids” nieźle demonstruje potencjał zespołu. „Rust” przynosi pewne ukojenie, jest bardziej melodyjny i daje oddech, jakkolwiek gitarowo-klawiszowy finał może również podnieść ciśnienie. Kompozycja także zapada w pamięć i sądzę, że mogłaby sprawdzić się na playlistach odważniejszych rozgłośni (może nie wyciszyliby ambitnej końcówki). Kolejny, groźnie brzmiący „Jottings” to ściana dźwięku, skontrastowana z nastrojowym motywem klawiszowym. Początek utworu oparto na potężnie brzmiącym krótkim riffie. Później całość obsesyjnie narasta, by nagle złagodnieć, przeradzając się w subtelny podkład dla wokalisty. Po kumulacji i rozładowaniu nastroju pojawia się część instrumentalna, gdzie znów dominuje zapadająca w pamięć gitara, przywołująca schyłek lat siedemdziesiątych… Album kończy kompozycja „To Walk on the Water”, utwór chyba najmniej wyrazisty z całości, który jakoś niespecjalnie puentuje całość albumu. Sprawia wrażenie, że płyta kończy się dość niespodziewanie, nie pozwalając na odpłynięcie emocji. Budzi to niedosyt, prowokuje jednak do ponownego przesłuchania. Skoro liderowi Walfad udało się przekonać albumem „Colloids” dinozaura, który kształtował swą muzyczną wrażliwość parędziesiąt lat temu, to jestem przekonany, że trafi on również do znacznie młodszych słuchaczy, którzy odnajdą w sobie podobną wrażliwość.

Płyta jest nieprzegadana, nie ogląda się na muzyczne mody i potrafi przyciągnąć uwagę na dłużej. To kolejny dowód, że krajowa scena progresywna ma się naprawdę nieźle, nawet bez szczególnej promocji medialnej. Zespół sporo koncertuje, został dostrzeżony również za granicą. Muzycy nie poddają się sztywnej kategoryzacji. Nie unikają ważnych dla siebie tematów, chcą o nich mówić własnym językiem. Uważają, że słowo jest równie istotnym elementem przekazu – stąd pomysł wydania płyty w dwóch wersjach językowych. Działają już siedem lat, a kolejne albumy i zmiany personalne dowodzą, że stale się rozwijają. Pojawiają się także jako support znanych gwiazd. Jeśli nadal utrzymają kierunek i tempo rozwoju, to niebawem mogą okazać się dla nich sporą konkurencją.

Na koniec wypada przypomnieć skład Walfad, odpowiedzialny za ostatnią płytę: Wojciech Ciuraj – wokal, gitara, mandolina, Paweł Krawiec – gitara, Dariusz Tatoj – klawisze, Radosław Żelazny – gitara basowa oraz Jakub Dąbrowski – perkusja. Warto zapamiętać te nazwiska, myślę, że jeszcze o nich usłyszymy.

MLWZ album na 15-lecie