Far Meadow, The - Foreign Land

Artur Chachlowski, Far Meadow, The - Foreign Land

The Far Meadow to progresywny kwintet z Londynu i, jak się okazuje, „Foreign Land” jest już jego trzecim wydawnictwem. Działają od 2012 roku i sam zastanawiam się dlaczego tak się stało, że ich nowy album jest moim pierwszym kontaktem z tym zespołem? Bo nie ukrywam, że jestem bardzo zbudowany muzyczną zawartością płyty „Foreign Land”. Myślę sobie, że lepiej późno, niż wcale i dlatego szybciutko spieszę z informacjami na temat tego, co na niej usłyszałem. Bo warto dzielić się tym moim „odkryciem”.

Od razu zaznaczę, że The Far Meadow nie sili się na jakąś oryginalność za wszelka cenę i nie gra jakiejś superodkrywczej muzyki. Ale też ci londyńscy muzycy wcale nie zżynają, choć w tym co usłyszałem, odnalazłem klimaty znane z dokonań Magenty (wokalistka Marguerita Alexandrou raz brzmi jak… siostra Christiny Booth, a raz jak… córka Kate Bush), gitarowe partie a’la Steve Hackett i Allan Holdsworth, a niektórych syntezatorowych solówek nie powstydziłby się sam Tony Banks.

Pierwszą rzeczą, która uderzyła mnie po wysłuchaniu tego trwającego około 50 minut i ukazującego się wyłącznie w formacie CD albumu to wirtualny podział na klasyczne dwie ‘winylowe’ strony. Stronę A mogłaby stanowić blisko 20-minutowa suita „Travelogue”, a stronę B - połączone ze sobą cztery utwory zabierające słuchacza w podróż przez rozmaite style i wpływy.

Druga sprawa to przejrzystość produkcji, niesamowita dbałość o każdy szczegół i perfekcja wykonania. Muzyka grupy The Far Meadow posiada przestrzeń i bardzo wysublimowane brzmienie. No i niczego nie brakuje jej pod względem melodyjności. Tak jest od samego początku, od przesiąkniętego patetycznym klimatem epika „Travelogue”, po ostatnie na płycie tytułowe nagranie „Foreign Land”, które ze swoimi jazzrockowymi instrumentacjami stanowi prawdziwą wisienkę na torcie o nazwie ‘nowy album grupy The Far Meadow’.

Dodajmy do tego jeszcze nieprzeciętny talent wykonawczy wszystkich muzyków. Wymieńmy ich nazwiska: na instrumentach klawiszowych gra Eliot Minn, na perkusji Paul Bringloe – i to oni posiadają najdłuższy staż w zespole - śpiewa Marguerita Alexandrou, na basie gra Keith Buckman, a prawdziwe mistrzostwo gry na gitarze demonstruje Denis Warren. Nie ukrywam, że urzekli mnie swoim nowym wydawnictwem i przyznaję się, że album ten nie opuszcza ostatnio mojego odtwarzacza. A brzmi on przepięknie. Zarówno na słuchawkach, jak i w kolumnach przy odpowiednio podkręconym potencjometrze.

Podsumowując, na albumie „Foreign Land” grupa The Far Meadow wykonała kawał solidnej i wielce intrygującej roboty. To płyta dająca wiele satysfakcji przy słuchaniu, z mnóstwem niuansów do odkrywania przy każdym kolejnym odsłuchu. Poszczególne utwory mają swój specyficzny klimat i zarówno te dłuższe (wspomniana już epicka suita „Travelogue”) czy też te krótsze (ale jakież one krótsze?! „Sulis Rise” i „The Fugitive” trwają po ponad 8 minut, a tytułowa kompozycja to aż 11 minut muzyki!) zachwycają pięknem nastrojowych melodii i rewelacyjnych partii instrumentalnych. „Foreign Land” to album, który z pewnością odbije się szerokim echem w progresywnych kręgach i dlatego szkoda, by słuchacze z kraju nad Wisłą przegapili jego premierę. Tym bardziej, że jestem pewien, iż zadowoli on sympatyków zarówno tradycyjnego, jak i neoprogresywnego rocka.

Polecam internetowy sklep wytwórni Bad Elephant Music, gdyż nie sądzę, by album „Foreign Land” można było już nabyć w nawet najlepszych polskich sklepach z płytami.

MLWZ album na 15-lecie