D Project

Nth Ascension - Stranger Than Fiction

Artur Chachlowski, Nth Ascension - Stranger Than Fiction

Czy ktoś jeszcze pamięta grupę Nth Ascension? Zadebiutowała w 2011 roku albumem „Frequencies Of Day And Night”, a potem wydała jeszcze dwie płyty, lecz w międzyczasie… zniknęła z naszych małoleksykonowych radarów. No i trochę niedobrze, że tak się stało, bo oto w moje ręce trafia wydany 31 maja br. najnowszy album Brytyjczyków zatytułowany „Stranger Than Fiction” i już patrząc na tytuły utworów widniejących na tyle okładki widzę, że zespół kontynuuje na nim muzyczny cykl „Clanaan” zapoczątkowany na swojej drugiej płycie.

W progresywno-rockowym świecie umiejętność opowiadania konceptualnej historii jest zwykle chwalona, a często wręcz bardzo pożądana. Niejedna płyta „z treścią” trafiła do rockowego kanonu gatunku. Nie przypominam sobie jednak tak bardzo rozbudowanego słowno-muzycznego cyklu kontynuowanego przez danego wykonawcę na kilku kolejnych albumach. A tak właśnie jest w przypadku omawianej dziś przeze mnie płyty. Tym bardziej żałuję, że cyklu tego nie śledzimy na naszych małoleksykonowych łamach od samego początku.

Ale do rzeczy. I najkrócej jak można: zasadniczo wspomniany cykl zatytułowany „Clanaan” jest opowieścią fantasy utrzymaną w stylu „Narni” mówiącą o wyzwoleniu pewnego królestwa z rąk okrutnego dyktatora przez bohatera powszechnie znanego jako Siódmy Jeździec. Jednak obok trzech kolejnych elementów tej opowieści (części 7.-9.) na płycie znajdujemy inne kompozycje, które stylistycznie nie odbiegają od zasadniczego nurtu twórczości zespołu, ale dotyczą zupełnie innych tematów.

Nth Ascension gra melodyjną i symfoniczną odmianę progresywnego rocka utrzymanego w charakterystycznej angielskiej tradycji opartej na mocnych filarach gitar (Martin Walker) i syntezatorów (gra na nich główny kompozytor grupy, Darrel Treece-Birch). Obaj sprawiają, że brzmienie zespołu jest niesamowicie gęste, bogate i wypełnione niesamowitymi dźwiękami. Dużo muzyki w muzyce... Tak, to wielka zasługa panów Treece-Bircha i Walkera (Martina, bo jego brat Gavin wraz z jeszcze jednym Walkerem, Craigiem, tworzą niezwykle mięsistą sekcję rytmiczną). Ten sam duet doskonale czuje się również w partiach solowych, których nie brakuje na tym albumie. W zespole jest jeszcze jeden człowiek – wokalista Alan „Spud” Taylor. O ile przy pierwszym ‘zetknięciu’ jego głos wydaje się nieco metaliczny i chropowaty, to dosłownie po kilku następnych chwilach wiemy już, że mamy do czynienia z mistrzem progrockowej wokalistyki. Alan dysponuje naprawdę świetnym, bardzo oryginalnym wokalem i doskonale wie jak z niego robić użytek.

Album rozpoczyna się od długiego instrumentalnego wstępu w postaci sennego, adekwatnie zatytułowanego, blisko sześciominutowego utworu „The Opening”. Tak naprawdę płyta zaczyna się od kompozycji oznaczonej indeksem 2 – „True Identity”. To fajny, optymistyczny i dynamiczny rocker wyraźnie sygnalizujący czego dalej możemy się na tej płycie spodziewać. I od tego momentu wszystkie parametry idą w górę. Każde kolejne nagranie jest lepsze od poprzedniego, a poprzeczka wędruje wyżej i wyżej. Najpierw pojawia się ośmiominutowy, klasycznie progresywnie brzmiący, chwytliwy utwór „Fire In The Sky”, by zaraz po nim mógł rozpocząć się pierwszy killer na tym albumie w postaci epickiego nagrania „Reconciled” (to jedne z najlepszych 10 minut muzyki na tym albumie!). Nagranie to naprawdę potrafi zachwycić. Wyskakiwanie z butów, szukanie szczęki po podłodze, muzyczny orgazm – tego typu klimaty…

Muzycy Nth Ascension nie dają słuchaczowi ani chwili wytchnienia i tuż po zakończeniu tego fenomenalnego utworu zapraszają nas na trzy części wspomnianego cyklu „Clanaan”. Mamy tu po kolei: siedmiominutowy „The Gathering” (Clanaan Pt. 7), trwający ponad kwadrans „Journey’s End” (Clanaan Pt.8) oraz niespełna dwuminutową melodię, zagraną na akustycznej gitarze w postaci utworu „Lament” (Clanaan Pt. 9). Jak łatwo policzyć, to w sumie blisko 25 minut absolutnie pięknej muzyki, ze zmieniającymi się tempami, mieniącej się paletą różnorodnych brzmień i klimatów, której słuchanie sprawia przeogromną radość. To prawdziwe muzyczne arcydzieło pełne ukłonów i mrugnięć okiem w kierunku Led Zeppelin, Genesis, Yes, Deep Purple, Rush i nie wiadomo kogo jeszcze.

Gdyby ktoś pomyślał, że to już koniec tych wielkich muzycznych uniesień, zespół Nth Ascension przygotował na koniec jeszcze osiemnastominutową (!) porcję przewspaniałych wrażeń w postaci suity „Sound To Light”. Znam takich, którzy o kompozycji tej mówią, że to najlepsza rzecz w całym dorobku Nth Ascension. Wygląda na to, że i ja zaliczam się do tego grona. Dzieje się tu naprawdę wiele. Rewelacyjne brzmienie, znakomita melodyjność, przeplatające się ze sobą gitarowe i klawiszowe szaleństwa, nieskończona ilość odkrywczych pomysłów oraz wyważona sekwencja kontrastów (najpierw mamy 5 minut dynamicznego początku, potem kolejne 5 minut grania wybitnie zahaczającego o ambient, a nawet o smooth jazz (fenomenalne partie zagrane na klasycznym fortepianie!), by w finale powrócić do zasygnalizowanych na początku tematów przewodnich i uderzyć w nich akordami ze wzmożoną siłą prowadzącą do fantastycznego, wielce epickiego, a przy tym pełnego wspaniałych emocji, nastrojowego finału). W pewnym sensie kompozycja ta ze względów konstrukcyjnych przypomina mi utwór „Shine” grupy Galahad tak udanie zamykający swego czasu pamiętną płytę „Following Ghosts”. Pamiętacie? No to wiecie o co chodzi.

„Stranger Than Fiction” grupy Nth Ascension to znakomity melodyjny progresywno-rockowy album. Nie ma na nim słabych punktów, w całości jest bardzo spójny i utrzymany na wysokim jakościowo poziomie. Wydaje się, że każdy członek grupy osiągnął na „Stranger Than Fiction” szczyt swoich możliwości. Naprawdę bardzo dobrze prezentuje się ta płyta. Brzmi znakomicie od pierwszej do 73 minuty. To, że jest aż tak długa, akurat w tym przypadku traktuję jako jej bezdyskusyjną zaletę. Z jednej strony to niewątpliwa zasługa samego zespołu, którego kreatywność (i talent!) nie ma tutaj granic, a z drugiej – warto podkreślić, że miksem i masteringiem materiału zajął się bliski współpracownik Neala Morse’a, gitarzysta Eric Gillette. To słychać. I czuć.

MLWZ album na 15-lecie