Magenta - Another Time..., Another Place...

Artur Chachlowski,
ImageMiniony rok niewątpliwie należał do grupy Magenta. Wydany na wiosnę album „Seven” narobił sporo pozytywnego szumu w świecie progresywnego rocka. Co więcej, walory tej płyty, jak i samego zespołu zostały dostrzeżone nie tylko przez licznych fanów masowo kupujących to wydawnictwo, ale przede wszystkim przez krytyków. Brytyjskie stowarzyszenie Classic Rock Society podsumowując rok 2004 przyznało grupie Magenta dwie nagrody: jako najlepszemu zespołowi koncertowemu oraz Christinie, jako najlepszej wokalistce roku. Warto w tym miejscu przypomnieć, że „Seven” jest drugą płytą w dorobku zespołu, po wydanym w 2001r. podwójnym albumie „Revolutions”, zaś same początki grupy Magenta sięgają jeszcze połowy lat 90-tych, kiedy to utalentowany multiinstrumentalista Rob Reed stał na czele formacji Cyan. W latach 1993 – 1999 wydała ona trzy płyty długogrające, które odbiły się szerokim echem wśród art rockowej publiczności. W 1995 roku Rob spotkał wokalistkę Christinę Booth, z którą dokonał kilku pierwszych nagrań demo, odkładając je jednak na dno szuflady. Musiało minąć aż 6 kolejnych lat, by wreszcie zmaterializował się skład muzyków związanych z Robem Reedem, którzy pod szyldem Magenta zrealizowali wspomnianą płytę „Revolutions”. Jednym z najważniejszych założeń przyświecających Robertowi podczas pracy nad tym albumem była potrzeba stworzenia czegoś nowatorskiego, bardziej koncepcyjnego i bardziej rozbudowanego, niż muzyka działających wówczas na brytyjskim rynku art rockowych wykonawców. I tak w istocie rzeczy się stało. Na dwóch srebrnych krążkach płyty „Revolutions” znalazły się 4 długie, ponad 20-minutowe kompozycje rozdzielone krótkim instrumentalnym cyklem „Opus”. Lista artystów, którymi fascynację słychać wyraźnie na tym albumie jest długa i doprawdy imponująca. Właściwie obejmuje ona pełną gamę najważniejszych zespołów kojarzonych z rockiem symfonicznym lat 70-tych: Genesis, Yes, King Crimson, Gentle Giant, Pink Floyd... Słynne nazwy można by mnożyć w nieskończoność. Na szczęście Rob Reed i spółka umiejętnie ominęli pokusę łatwego naśladownictwa i swoją muzyką zdołali wykreować nową jakość w świecie prog rocka początku XXI wieku. Co więcej, ubiegłoroczna płyta „Seven” zdecydowanie ugruntowała wysoką pozycję zespołu i stała się początkiem pasma prawdziwych sukcesów. O nagrodach Classic Rock Society już pisałem. Warto wspomnieć o entuzjastycznie przyjętych koncertach na festiwalu Progeny w Londynie oraz Baja Prog w Meksyku oraz o dwóch wspaniałych kompaktowych EP-kach „Broken” i „I’m Alive” wydanych w  drugiej połowie ubiegłego roku. Każda z nich zawierała po kilkadziesiąt minut premierowego materiału. Zespół postanowił iść za ciosem i oto na rynku pojawił się wspaniały koncertowy album „Another Time..., Another Place...”. To prawdziwe ukoronowanie pełnego sukcesów 2004 roku. Płyta ta zawiera nagrania z różnych koncertów Magenty w różnych miejscach na świecie. Muzycznie stanowi zestaw składający się z utworów z obu studyjnych albumów, a także singlowego nagrania „Broken” oraz utworu „Call Me’, pamiętającego jeszcze czasy zespołu Cyan. To wspaniałe wydawnictwo jest dziełem ze wszech miar udanym, ba! chwilami ocierającym się o granice artystycznego geniuszu. To jeden z tych wspaniałych albumów, jakie nieczęsto pojawiają się na rynku. Z jednej strony stanowi on takie koncertowe „the best of” grupy Magenta, a z drugiej – niesie ze sobą wspaniały sceniczny rozmach i doskonałą produkcję o krystalicznie czystym brzmieniu, podkreślającym każdy pojedynczy dźwięk dobywający się ze sceny. Co najważniejsze, 10 kompozycji wypełniających program tego albumu wcale nie jest lustrzanym odbiciem swoich studyjnych pierwowzorów. Magenta umiejętnie  zadbała o to, by do każdego z tych nagrań dodać coś nowego, niepowtarzalnego, idealnie oddającego atmosferę bezpośredniego kontaktu zespołu z publicznością. Przepiękny to koncert, będący nie tylko kronikarskim  zapisem olbrzymich możliwości zespołu, ale i niepowtarzalnym spektaklem przypominającym stare, najlepsze dla symfonicznego rocka, czasy. Tak natchnionych płyt, pełnych scenicznej dramaturgii, dobrze przemyślanego repertuaru i wirtuozerii wykonania już dzisiaj nie wydaje się na płytach koncertowych. Dlaczego? Bo chyba nikt nie potrafi tak, jak Magenta oddać najpiękniejszych cech takiej pompatycznej, pełnej rozmachu muzyki. „Another Time..., Another Place...” to wspaniały dokument świadczący o tym, że w zespole tkwi nadal sporo entuzjazmu i mnóstwo potencjału. To dobry znak, bo na rok 2005 Magenta zapowiada swoje nowe studyjne dzieło. Będzie to znowu album podwójny o roboczym tytule „Home”. Jak mówi lider zespołu będzie to 100 minut muzyki podzielonej na 16 sekcji. Po 8 na każdym krążku. I ma być to znowu album pełen przestrzeni, orkiestrowych aranżacji, epickiego rozmachu, soczystych gitarowych solówek oraz bogatych partii syntezatorowych. Wygląda na to, że nie tylko miniony rok upłynął nam w kolorze magenta.
MLWZ album na 15-lecie