Pet Shop Boys - Hotspot

Tomasz Dudkowski, Pet Shop Boys - Hotspot

Na początek trochę osobistej historii – w 1987 roku mama podarowała mi moją pierwszą kasetę. Był to album „Actually” brytyjskiego duetu Pet Shop Boys, którego przebój „It’s A Sin” królował wówczas na listach przebojów. Od tego momentu zaczęło się moje świadome słuchanie muzyki i choć z biegiem czasu mój gust skręcił w kierunku rocka, ze szczególnym umiłowaniem do jego odmiany z przedrostkiem prog-, to nadal śledziłem poczynania zespołu. Dziś już nie wyczekuję ich nowych wydawnictw z wypiekami na twarzy (jak to miało miejsce na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku), ale nadal jestem na bieżąco z dokonaniami duetu Tennant – Lowe.

Niedawno wydany album został nazwany (tradycyjnie jednowyrazowo) „Hotspot”. Jest to już 14-ste studyjne dokonanie zespołu, równocześnie trzeci krążek wydany po rozstaniu z wytwórnią Parlophone i trzeci, który wyprodukował Stuart Price. Nie ukrywam, że z mieszanymi uczuciami czytałem, że zespół ponownie połączył szeregi z tym producentem, gdyż dwa poprzednie krążki - „Electric” z 2013-go roku i wydany 3 lata później „Super” takie super nie były. Szczególnie drugi z nich mnie nie zachwycił i jest dla mnie najsłabszym dokonaniem grupy.

A jak jest tym razem? Na pewno ciekawiej. Już rozpoczynający album „Will-O-The_Wisp” brzmieniem nawiązuje do dokonań z lat 90., choć bardziej z okresu płyty „Nightlife” (1999) niż „Behaviour” (1990). Singlowy „Monkey Business” ma klimat zbliżony do „New York City Boy” z tej pierwszej, fajnie nawiązujący do disco z lat 70. (choć skojarzenia z Daft Punk także są na miejscu). Album jest promowany jeszcze przez dwa wcześniej wydane utwory – rytmiczny „Dreamland” nagrany z grupą Years & Years (wokalista Olly Alexander jest współautorem utworu) oraz przez balladę „Burning The Heather” z gościnnym udziałem Bernarda Butlera ze Suede, który zagrał na gitarze (tu z kolei współautorem jest Price). Pozostałe sześć piosenek to w połowie ballady („You Are The One”, Hoping For A Miracle”, „Only The Dark”), a w połowie bardziej taneczne, nie pozbawione swoistego uroku utwory („Happy People”, „I Don’t Wanna”, „Wedding In Berlin”, choć może z wyjątkiem tego ostatniego, ale o tym poniżej).

Album był nagrywany głównie w Los Angeles i Berlinie i szczególnie to drugie miasto miało spory wpływ na brzmienie i przede wszystkim na teksty zawarte na płycie. W „Will-O-The-Mist” i „You Are The One” pojawiają się nazwy miejsc w niemieckiej stolicy, a płytę zamyka piosenka „Wedding In Berlin” (z cytatem z „Marszu weselnego”) i jest to zdecydowanie najsłabszy punkt krążka – „We’re getting married because we love each other. We’re getting married because we love each other. We’re getting married today.” – i tak kilka razy. Spokojnie można było zastąpić go nagraniem “Decide” ze strony B singla “Burning The Heather” z zyskiem dla ogólnej oceny albumu. W warstwie lirycznej bez zaskoczeń – większość to piosenki miłosne, a w „Dreamland” Tennant i Alexander śpiewają o wymarzonej krainie, w której można żyć normalnie. Można to interpretować jako krytykę brytyjskiego rządu i Brexitu – duet często wypowiadał się w dość sarkastyczny sposób na temat rządzących na Wyspach („One Of The Crowd” z singla „It’s Alright”, „I’m With Stupid” i „Integral” z „Fundamental”, czy „Give Stupidity A Chance” z ubiegłorocznej EP-ki „Agenda”).

W nagraniach duet Neil Tennant (wokal, instrumenty klawiszowe) – Chris Lowe (Instrumenty klawiszowe, programowanie) wsparł (oprócz wspomnianych wcześniej gości) Stuart Price (programowanie, gitara basowa).

Wydawnictwo ukazało się w kilku formatach – „zwyczajnym” CD, kompaktowej wersji specjalnej na dwóch dyskach (na drugim mamy wersje instrumentalne utworów z wersji podstawowej), winylu w okładce typu gatefold (tak wydanych płyt zespołu nie ma za wiele, w mojej kolekcji jedynie „Elysium” (2012, wersja dwupłytowa) oraz „Super” (2016) mają rozkładane koperty) oraz na pierwszej od 2002 roku (i płyty „Release”) kasecie magnetofonowej.

Podsumowując – po prawie 40-stu latach istnienia i 35-ciu latach od wydania swojego pierwszego hitu ("West End Girls") najbardziej dochodowy brytyjski duet (wg "Księgi Guinessa") wciąż trzyma niezły poziom i choć ostatnimi czasy ich single nie święcą już takich sukcesów jak 30 lat temu, to nadal słucha ich rzesza fanów, którzy kupują płyty (m.in. debiut na miejscu 3. UK Album Chart) i zapełniają sale podczas koncertów. 42 minuty obcowania z nowym dokonaniem Pet Shop Boys przynosi całkiem sporą dawkę przyjemnych dźwięków, które przenoszą mnie (i pewnie nie tylko mnie) do młodzieńczych lat.
MLWZ album na 15-lecie