D Project

Pet Shop Boys - Hotspot

Maciej Lewandowski, Pet Shop Boys - Hotspot

24 stycznia ukazał się 14. album w dorobku duetu Pet Shop Boys. Płyta ta została nagrana w jakże znanym i cenionym studiu Hansa Tonstudio w Berlinie. To właśnie tam nagrywali swoje wybitne płyty tacy wykonawcy, jak m.in. David Bowie, Iggy Pop, Tengerine Dream, Depeche Mode, U2, Nick Cave czy Marillion. Najnowsze wydawnictwo brytyjskich królów synthpopu wyprodukował Stuart Price, który współpracował już z zespołem przy poprzednich albumach - „Super” z 2016 oraz „Electric” z 2013 roku.

Neil Tennant i Chris Lowe już od dawna nie muszą niczego udowadniać. Ich wkład w historię muzyki jest niezaprzeczalny. Lista prestiżowych nagród, wyróżnień i ilość wydanych przebojów powinna wzbudzać szacunek nawet wśród osób, dla których ten rodzaj muzyki nie jest szczególnie bliski sercu.

Niezaprzeczalnie są pionierami ambitnego popu opartego przede wszystkim na brzmieniu syntezatorów obsługiwanych przez Chrisa, które w połączeniu z charakterystycznym głosem Neila i niebanalnymi tekstami stały się znakiem rozpoznawczym ich muzyki dekad lat 80. i 90. Od pierwszego wydanego w 1984 roku singla „West End Girls” stworzyli tyle hitów, że nie sposób ich wszystkich wymienić, ale co najważniejsze na próżno znaleźć jest kogoś, kto nie zna i nie nucił pod nosem takich ich przebojów, jak choćby te najważniejsze: „It’s A Sin”, „Heart”, „Suburbia”, „Rent”, „Go West” czy genialnej wersji utworu Brandy Lee (tak właśnie!, a nie jak wielu mylnie uważa, że to cover Elvisa Presleya) „Always On My Mind”.

Pet Shop Boys obok takich zespołów jak np. Yazoo, Soft Cell, Depeche Mode, OMD, Eurythmics, Talk Talk czy Ultravox nadali muzyce szeroko określanej jako pop prawdziwą klasę, rangę i pozycję. Do dziś są dla wielu wykonawców niedościgniony wzorem i stanowią inspirację do tworzenia muzyki opartej na elektronice, ale nie pozbawionej duszy i umysłu twórcy.

Nie będę ukrywał, że mam do nich za to wszystko wielki szacunek, ale i jednoczenie sentyment, gdyż dorastałem w okresie kiedy ta muzyka otaczała mnie ze wszystkich możliwych wtedy mediów i nośników. Uważam, że takie ich albumy jak „Please”, „Actually” i „Behaviour” stanowią wzór, niczym w Sevres, jak powinny brzmieć idealne i wręcz doskonałe płyty popowe.

Ale żeby nie było za słodko, zdarzały się również w ich blisko 40-letniej karierze niestety i okresy słabsze, niekiedy bez wyrazu. Trochę za bardzo i na siłę skupiali się wtedy panowie Neil i Chris na pogoni za panującą ówczesną modą i na nowoczesnych, nie zawsze godnych inspiracji trendach. Przynosiło to skutki w postaci płyt przeciętnych, pełnych czasem syntetycznej papki i grania troszkę na siłę, bez tego co w ich muzyce było największą siłą i atutem, czyli wspaniałych melodii i refrenów śpiewanych charakterystycznym ciepłym głosem Neila Tennanta. Ale nawet pomimo tego błądzenia nie pozostali być, jak to kiedyś gdzieś przeczytałem, „The Smiths dla tych którzy lubią tańczyć”.

Dziś jednak ku uciesze takich już podstarzałych fanów, do których i ja się zaliczam, wracają z albumem niezwykle udanym. Pełnym tego, co w ich muzyce było najpiękniejsze i cenne. Chyba nie przez przypadek skromna, a jakże symboliczna okładka albumu przedstawia dwie zamazane postacie, niczym z zaświatów, tak jakby wracały po latach do swojego ukochanego miejsca, do rodzinnych stron i domu, w którym spędzili najwspanialsze lata i w którym wszystko się zaczęło. 

Album „Hotspot” nawiązuje do najlepszych okresów ich działalności. Balansuje pomiędzy balladową płytą „Behaviour”, a taneczną „Introspective”. Od samego początku przesiąknięty jest cudownym analogowym brzmieniem syntezatorów, rodem ze wspaniałych lat 80. Panowie nie gonią za nowymi trendami, co wcale nie przeszkadza im grać wyrafinowane dźwięki, będące głosem pokolenia, którego bagaż doświadczenia życiowego jest stosunkowo pokaźny. Już w pierwszym na płycie utworze „Will-O-The-Wisp” padają słowa:

„But maybe you've gone respectable
with a wife and job and all that
working for the local government
and living in a rented flat? And you my former will-o-the-wisp
Will you recognise me today?
Give me a smile for old time's sake
before you run away…”

Chciałoby się rzec, że nawet „popowe dzieci” dorastają i szukają miejsca i nowych wyzwań dla siebie w dzisiejszym nie do końca idealnym, delikatnie mówiąc, świecie. Wokal Neila praktycznie się nie zmienił i kojąco wręcz potrafi przenieść nas w czasie. Znowu możemy rozsmakowywać się pięknymi melodiami i grą Chrisa, dzięki którym nucąc je pod nosem człowiek z jakimś większym optymizmem patrzy w lustro i pomimo siwych włosów i zmarszczek na twarzy i pod oczami czuje się tak jak wtedy, kiedy wkraczało się w dorosłe życie pełne optymizmu, ambitnych planów i młodzieńczej werwy. Panowie skroili ten materiał i uszyli fantastyczny garnitur jak u starego dobrego krawca, który wierny jest maksymie, że niektóre wzorce są ponadczasowe i wygląda się w nich zawsze dostojnie i z klasą.

Pierwszym singlem promującym płytę był utwór „Dreamland” z gościnnym udziałem młodego brytyjskiego zespołu Years & Years. A przypomnę tylko, że panowie z Pet Shop Boys w swej historii tworzyli duety z takim sławami muzyki, jak Dusty Springfield czy Lizą Minnelli. Drugim singlem obecnie granym w dobrych rozgłośniach, jest przebojowy „Burning the Heather”, w którym to gościnnie na gitarze zagrał Bernard Butler, znany m.in. ze współpracy i występów z grupami Suede i The Tears. Potencjalnych hitów na „Hotspot” jest o wiele więcej, poczynając od otwierającego album „Will-O-The-Wisp”, poprzez „You Are The One”, „Hoping For A Miracle” czy „Only The Dark”. Pet Shop Boys nie byliby sobą, aby wśród tych zdałoby się błogich i miłych dla ucha melodii nie zwrócić uwagi w warstwie literackiej na ważne i aktualne społeczne sprawy. Już na pierwszy singlu, wspomnianym „Dreamland”, usłyszymy krytyczne słowa na temat Brexitu:

In a garden where the sun still shines
And staying forever, leaving all our worries behind
It's kind of amnesia
Where all problems seem to disappear
And you don't need a visa
You can come and go and still be here”

Z kolei „Burning the Heather” inspirowany jest katastrofalnymi skutkami pożarów w Australii, a zmykający płytę „Wedding In Berlin” podejmuje temat związków i małżeństw powszechnie zwanych LBGT.

Bardzo mnie cieszą powroty w takim stylu! Może ktoś powie i zarzuci, że nie jest to muzyka, zaliczana do sztuki przez duże S, że to tylko miłe dla ucha dźwięki, będące za dnia bardziej tłem, niż ucztą dla koneserów. Ale  nie zapominajmy faktu, że muzyka to również rozrywka, część pop kultury. Są chwile kiedy tęsknimy za czymś, co powinno nas zrelaksować, odprężyć, a twórczość panów z Pet Shop Boys posiada pod tym względem prestiżowy znak jakości, niczym gwiazdki w przewodniku Michelina. 

„I've got the brains, you've got the looks, Let's make lots of money” - śpiewał Neil Tenneant w „Opportunities (Let’s Make Lots of Money)” już na debiutanckim „Please” i trzeba przyznać, że tą dewizę wcielili panowie w trakcie swoje kariery w sposób wręcz perfekcyjny. Przy czym ich talent, maestria i kunszt są warte tych profitów, a nade wszystko wielkiego szacunku. 

Pokażcie mi drugi taki zespół tworzący przez blisko 40 lat w niezmienionym składzie, konsekwentnie ize smakiem muzykę tak przebojową, a zarazem inteligentną, przy której można bawić się, cieszyć, marzyć, myśleć i przede wszystkim mieć poczucie, że to poziom pełen profesjonalizmu, szczerości i jakości jakiej dziś próżno szukać w całej masie wszechobecnego plastiku, który niestety w muzyce stanowi problem i to wielki, patrząc chociażby na to co serwują nam obecne mainstreamowe media.

Pet Shop Boys osiągnęli w swojej karierze praktycznie wszystko. 50 mln sprzedanych płyt, prawie wszystkie możliwe nagrody w branży, jakie można wygrać, ale co najważniejsze nie zaprzestają osiadać na tych wszystkich laurach i poprzestawać dążyć do artystycznego spełnienia. „Hotspot” to kolejny klejnot zespołu, który nie jest pospolitym i ulotnym wspomnieniem sprzed lat, lecz prawdziwie perfekcyjnie działającą instytucją.

Ale co najważniejsze, ci faceci nadal tworzą po prostu i aż… piosenki jakościowo z najwyższej półki! Jak choćby ta najbardziej przeze mnie ukochana z tej płyty - „Only The Dark”:

„Shadows start to fall

bringing on the night

We’re sitting in the dark

Let’s not turn on the light

It feels so good to be

just the two of us

Anyone else around

would be superfluous

 

Although the dark

is leaving its mark

it’s not gonna last

so let’s enjoy the night

until it gets light

It happens so fast

 

Don’t be scared

for only the dark

can show you the stars

I’ll be there

the moment the dark

reopens your heart

 

It’s time to make a fire

play some music low

I’m right here next to you

with nowhere else to go

 

You’re all I want

It’s all that I need

to be here with you

And so let’s hold on to this

together we’re safe

whatever we do

 

Don’t be scared

for only the dark

can show you the stars

I’ll be there

the moment the dark

reopens your heart

 

Suddenly the day is shining

and what was all a dream is what it seems

I don’t think you need reminding

we both know what it means to be alive

 

Bardzo często największe piękno tkwi w najbardziej oczywistych i prozaicznych sytuacjach, rzeczach, które z przyzwyczajenia i rutyny przestajemy na co dzień niestety dostrzegać, a czas biegnie nieubłaganie i bezwzględny los nie jest skory dawać nam kolejnej szansy… Łapmy więc i delektujmy się każdą najmniejszą chwilą szczęścia. Przy „Hotspot” jest to jak najbardziej możliwe…

MLWZ album na 15-lecie