Wishbone Ash - Coat Of Arms

Maciej Lewandowski, Wishbone Ash - Coat Of Arms

Wiele zespołów w obecnych czasach swoje jubileusze upamiętnia ekskluzywnymi wydaniami klasycznych płyt, okazjonalnymi składankami, bądź okazałymi boxami zawierającymi po kilka krążków w zestawie i nierzadko pamiątkowe gadżety. Wisbone Ash z okazji 50-lecia debiutu postanowili uczynić to w znacznie skromniejszy, ale jakże trafny i co najważniejsze udany sposób. Nagrali oto premierową, pod wieloma względami udaną płytę, utrzymaną w swoim rozpoznawalnym stylu, która wcale nie jest odcinaniem kuponów od dawnej popularności, a konsekwencją doświadczenia scenicznego i charakterystycznej, wypracowanej przez lata, jakości i klasy. I choć w składzie oficjalnie tylko jeden muzyk – gitarzysta i wokalista Andy Powell - jest założycielem i członkiem grupy od samego początku, to skład jaki mu towarzyszy na albumie „Coat Of Arms” zdał egzamin na stopień co najmniej bardzo dobry.

Nowy materiał to cudowna wyprawa do melodyjnego rocka w charakterystycznym stylu ‘Wishbonów’ opartym na dwóch wiodących gitarach i łagodnym wokalu. Płyta trwa blisko 59 minut i zawiera 11 utworów. Wiele tu subtelnych i wysublimowanych dźwięków, gdzie każdy riff i akord jest precyzyjnie dobrany, a wszystkie balansują umiejętnie pomiędzy rockiem, folkiem, bluesem, a nawet elementami jazzu. Co najważniejsze, nie czuć tu w żadnym wypadku gry na siłę, a pomimo swojego archaicznego brzmienia, które jak najbardziej jest zaletą, słychać autentyczną radość grania i, pomimo tylu lat „na karku”, świeżość jakiej nie jeden młody zespół mógłby pozazdrościć.

Album otwiera dynamiczny „We Stand As One” z kapitalnym riffem - świetny współczesny rockowy utwór, który posiada w sobie również najlepsze walory tradycyjnego grania sprzed kliku dekad. Jest to swoisty muzyczny alert opowiadający o pożarach w amazońskich lasach i niedawnym spustoszeniu przez ogień Australii. Sekcja rytmiczna brzmi tu bardziej powściągliwie, a nawet melancholijnie, ustępując gitarom kapitalnie imitującym dźwięk syreny alarmowej, co stanowi naprawdę mocny początek albumu.

Tytułowy „Coat Of Arms” to klasyczne brzmienie zespołu. Utwór do tego stopnia przesiąknięty jest „dawnym duchem i chwałą”, że spokojnie mógłby znaleźć się na najlepszych albumach z początku lat 70. Andy Powell i Mark Abrahams brzmią w nim tak, jak by grali razem przez całe życie, co jest tym bardziej niezwykłe, gdyż Mark dołączył do zespołu zaledwie w 2017 roku.

„Empty Man” to z kolei wspaniale rozwijający się kawałek - od akustycznego początku, poprzez skomplikowane dłuższe formy pozwalające gitarzystom na „wyplatanie” zharmonizowanych zmian rytmu całej kompozycji.

„Floreana” jest pierwszą typową balladą na tym albumie. Wymowna, momentami patetyczna, w której dominują harmonie dwóch gitar, w wysublimowany sposób walczących jakby o dominację w całym utworze, na zasadach rockowej bitwy, w tle zaś słychać subtelne brzmienie organów Hammonda.

„Drive” to taki kroczący bluesowo utwór ze świetnymi płynącymi partiami gitar. Zapewne doskonale sprawdzi się on na koncertach, dzięki swojej bujającej strukturze.

Ukojenie przychodzi wraz z kolejną, trwającą dobrze ponad 7 minut, kompozycją „It’s Only You I See”. To zdecydowanie jeden z najlepszych utworów na płycie. Pod względem struktury, jak i pięknych uzupełniających się partii gitar podanych z uczuciem i pełnych melodii, jest znakiem rozpoznawalnym Wishbone Ash. To kompozycja, która z powodzeniem mogłaby się znaleźć na klasycznych płytach zespołu z lat 70.

Kolejny utwór, „Too Cool For AC”, w porównaniu do poprzednich numerów, wypada niestety blado. To kompozycja trochę na siłę umieszczona na płycie - piosenka „uzupełniacz”, bez większego znaczenia.

Zdecydowane ożywienie przychodzi wraz z „Back In The Day” będącym muzycznym wspomnieniem tych zacnych 50 lat spędzonych na scenie. Kapitalnie brzmi tu sekcja rytmiczna wybijająca pełen życia rytm, zaś gitary raczą nas chwytliwymi pasażami i rozpoznawalnym refrenem.

Dzięki „Deja Vu” możemy poczuć się niczym przeniesieni w czasie do średniowiecza, gdyż dominują tu elementy celtyckiej melodii ludowej. Trzeba przyznać, że całkiem zgrabnie brzmi to połącznie z rockiem i „pachnie” „Argusem”, że aż miło.

I tak oto docieramy do finału, na który składają się dwa zamykające album utwory: „When The Love Is Shared” i „Personal Helloween”. O ile ten pierwszy jest jeszcze według mnie strawny, gdyż przypomina stare dobre granie z lat 70., to finalny uważam za, delikatnie rzecz ujmując, nieporozumienie. Moim skromnym zdaniem, album będący ukoronowaniem 50-letniej kariery powinien być zwieńczony kompozycją, przy której „buty spadają”, a ciary na plecach nie pozwalają usiedzieć spokojnie na miejscu. W zamian za to dostajemy lekko jazzowy, nijaki, ciągnący się jak flaki z olejem blues w dodatku z dęciakami w tle. Jak na urodzinową imprezę ewidentny kac na koniec i to taki z finałem z twarzą w sałatce warzywnej nad ranem.

Biorąc pod uwagę całokształt i, cytując klasyka, „aby te plusy nie przesłoniły nam minusów” mamy do czynienia z płytą udaną, pełną jednocześnie świeżości, jak i retro klimatu, lecz… zdecydowanie za długą. Materiał moim zdaniem idealnie zmieściłby się w standardowych analogowych 45 minutach. A pozbawiony dwóch-trzech zbędnych kompozycji byłby idealnym nawiązaniem do klasycznych i wręcz legendarnych osiągnięć zespołu.

Pomimo tych paru cierpkich słów, pora i na pochwały. Powellowi, jako jedynemu z pierwotnego zaciągu „wojowników”, udało się zebrać naprawdę godny podziwu skład. Tacy muzycy jak Marc Abrahams – gitary, Bob Skeat – bass i Joe Crabree – perkusja to znakomici następcy swoich poprzedników w zespole, który przez tyle lat zmieniał swój zaciąg i tym samym poszukiwał właściwego brzmienia.

Wishbone Ash to muzyczna marka, ugruntowana przede wszystkim swoim oryginalnym stylem zawartym na pierwszych czterech albumach. Należą do pionierów stricte gitarowego rocka. Choć niestety nigdy nie udało im się przedrzeć do najznamienitszej elity zespołów z tamtych lat, to odcisnęli znaczące piętno w historii rocka i stali się inspiracją dla takich tuzów, jak Iron Maiden, Lynyrd Skynyrd, Thin Lizzy czy nawet Dream Theater.

Jest to dla mnie również przykład klasycznego zespołu, w którym, personalne nieporozumienia i roszady miały negatywny wpływ na przebieg długoletniej kariery, która kto wie jak by się ułożyła i ile dałaby nam muzycznych skarbów, gdyby nie wspomniane animozje muzyków.

Pamiętam doskonale kiedy jako smarkacz, mój nieżyjący już wujek „katował” mnie, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, Persephoną” z albumu „There’s The Rub” i przede wszystkim ponadczasową balladą „Everybody Needs A Friend” z „Wishbone Four”. Piosenki te do dziś dnia są dla mnie szczególne, wywołują jedyne w swoim rodzaju wspomnienia, a także łzy wzruszenia, że te czasy odeszły bezpowrotnie. Przecież każdy z nas pragnie przyjaciół, zrozumienia czy w końcu wymarzonej i wyśnionej miłości, a wszystko niestety w tych trudnych „czasach zarazy” zdaje się być już tylko „towarem” zdewaluowanym, prawie nic nie znaczącym i przede wszystkim bardzo ulotnym. Bo jakże można TE ponadczasowe potrzeby zyskać za pomocą smartfona, komunikatora czy aplikacji? Świat, a my niestety wraz z nim i jego technologią coraz częściej błądzimy, dostając zaledwie substytuty najbardziej istotnych wartości…

Na pocieszenie pozostaje chociaż muzyka z duchem tamtych lepszych, bardziej normalnych i szczerych czasów, właśnie taka jak na płycie „Coat Of Arms” kapeli Wisbone Ash.

MLWZ album na 15-lecie