Afenginn - Klingra

Maciej Lewandowski, Afenginn - Klingra

Rzeczywistość, z którą obecnie przychodzi nam się zmierzyć jest totalnie przerażająca. Relacje praktycznie z każdego kontynentu i kraju wywołują strach i panikę. Liczby ofiar tej pandemii z dnia na dzień szokują swoją wielkością i przede wszystkim rosnącym trendem. XXI wiek nie jest niestety dla nas łaskawy. A przecież wkraczaliśmy w to nowe stulecie pełni nadziei na lepszą przyszłość, mając na względzie głównie ogromny postęp technologiczny, jaki zaczął uławiać i uprzyjemniać nam życie. I choć dane nam było doświadczyć najdłuższy okres globalnego pokoju licząc od czasów II wojny światowej, to bardzo szybko okazało się, że te „wyśnione” lata dwutysięczne przynoszą ze sobą zagrożenia, które tak naprawdę czaiły się już od dawna, niczym zły duch nocą za rogiem. Nawinie wierzyliśmy i nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że staniemy się świadkami tak wielkich potworności, jakie przyniosło nam to nowe stulecie…

Już 11 września 2001 roku zmienił nasz świat bezpowrotnie. Poczucie wolności, beztroskiej podróży w jakiekolwiek zakątki globu zamieniły się w pełne niepokoju i strachu doświadczenie. Kolejne terrorystyczne masakry jak chociażby te w Moskwie (teatr na Dubrawce, lotnisko Domodiewo), zamachy w Paryżu (stadion Stade de France, teatr Bataclan), na środki transportu publicznego w Madrycie i Londynie czy na inne obiekty w Berlinie, Manchesterze, Bostonie, Nowej Zelandii, ataki szaleńca na norweskiej wyspie Utoia, czy dramat dzieci w Biesłanie przewróciły do góry nogami jedną z najważniejszych wartości bezcenną dla każdego z nas – bezpieczeństwo. To w dużej mierzę właśnie przez to wszystko staliśmy się SCHIZOFRENIKAMI XXI WIEKU, przed czym przestrzegał nas Karmazynowy Król i to już … w 1969 roku!!!

Zastanawiacie się pewnie co ta lekcja tragicznej historii ma wspólnego z muzyką? Odpowiedź jest banalnie prosta! Szczególnie teraz, kiedy większość z nas szuka bezpiecznego azylu we własnych, na pozór bezpiecznych, czterech ścianach. Może warto poświęcić ten czas, aby zastanowić dokąd to wszystko zmierza? Uświadomić sobie, że wcale nie potrzeba uzbrojonych po zęby w najnowszy sprzęt i broń armii, profesjonalnie wyszkolonych terrorystów, a wystarczy zaledwie niewidzialny ludzkim okiem wróg, który na naszych oczach udowadnia nam dobitnie, że życie jest z jednej strony największą wartością, a zarazem najbardziej kruchym darem, jaki posiadamy! A że mamy je tylko jedno, to proponuję usiądźmy wygodnie w fotelu i dzięki muzyce poddajmy się głębokiej refleksji. Uwierzcie mi na słowo, że to co mam Wam do zaoferowania jest wręcz stworzone dla takich właśnie chwil i do muzycznej terapii…

Płyta „Kingra” duńskiego zespołu Afenginn ukazała się 11 października 2019 roku. Afenginn w języku staronordyckim oznacza upojenie, ale także i siłę. „Kingra” to ich siódmy studyjny album. Największą inspiracją dla materiału na tym wydawnictwie były Wyspy Owcze. Od samego początku istnienia Afenginn ma szczególne związki z tym magicznym, jakże charakterystycznym krajobrazem i społecznością. Oprócz tego, że na albumie pojawiają się muzycy związani z tą odległą dla nas wyspą, to teksty utworów śpiewane są również w języku farerskim.

„Kingra” w tymże języku oznacza krąg. Cała koncepcja albumu opiera się właśnie na temacie cykli, kręgów. Ta muzyka niczym koła zębate w zegarze, bądź w innej perfekcyjnie działającej maszynie, na zasadzie przekładni, wyraża swoją cykliczność i wynikające po sobie skutki każdego zdarzenia, bądź podejmowanych przez nas decyzji. W punktach równoległych główne tematy przecinają się tworząc dysonans lub podkreślając współbrzmienie. Całość jest niezwykle kontemplacyjna i choć często bardzo melancholijna, to jeśli dobrze odrobimy tą niezwykłą lekcję muzykoterapii, ujrzymy jednak na końcu światło nadziei na horyzoncie. Niespotykanym zabiegiem jest to, że wersja winylowa płyty przygotowana jest celowo z dwoma różnymi rowkami na stronie A, co oznacza, że istnieją dwa zupełnie różne początki wprowadzające do tego niezwykłego albumu. Wszystko zależy od tytułowego kręgu (w przypadku płyty - rowka), na który poprowadzi nas opadająca igła adapteru. Zaskoczeniem również jest strona B tego wydawnictwa, która kończy się, jak na prawdziwy krąg przystało, zamkniętą pętlą. Ciekawe? Intrygujące?

Ale przecież najważniejsza jest muzyka. A uwierzcie mi jest ona niezwykła! Przede wszystkim apeluję, a raczej bardzo proszę: tej płyty należy słuchać TYLKO I WYŁĄCZNIE w całości! Nie znajdziecie tu może bajkowych gitarowych pasaży, wirtuozowskich popisów mistrzów wszelakich instrumentów, ale jak już wkroczycie w ten świat niezwykłych nut, uwierzcie mi, zostaniecie poddani wręcz hipnozie!

Usiądźcie zatem wygodnie w fotelu, przygotujcie sobie ulubiony napój, bądź trunek, załóżcie słuchawki, lub podkręćcie odpowiednio potencjometr i dajcie się ponieść tym niezwykłym, muzycznym doznaniom!

Afenginn to projekt duńskiego muzyka i niezwykle cenionego w Skandynawii kompozytora Kima Rafaela Nyberga. Muzyka, jaką tworzy to bardzo specyficzny styl, łączący w sobie elementy rocka, muzyki klasycznej, jazzu i przede wszystkim nordyckiego folku. Na albumie usłyszymy zatem takie instrumenty, jak fortepiany, skrzypce, puzon, gitary, bas, klarnet, mandolinę oraz wszelkie możliwe instrumenty perkusyjne. Nyberg jest głównym kompozytorem i aranżerem tej płyty. W skład jego zespołu wchodzi 9 niezwykłych skandynawskich muzyków oraz duński kwartet smyczkowy. Całość składa się z 8 utworów o łącznym czasie około 43 minut. W zaledwie czterech z nich usłyszymy przeszywający, pełny mistycyzmu wokal, we wspomnianym już dialekcie farerskim, natomiast wszystkie noszą tytuły w tymże języku. Cały album jest przepełniony piękną tęsknotą i smutkiem. To najbardziej dojrzałe dzieło Nyberga. Jeśli dla jakiejkolwiek zachęty, dla wciąż wątpiących, mam znaleźć koniecznie porównanie, to wyobraźcie sobie skrzyżowanie klimatów Sigur Ros z Philipem Glassem. Ale to nie jest rock, to nie jest folk, to nie jest muzyka klasyczna. To Afenginn!

Całość tego magicznego spektaklu zaczynają migotliwe, delikatne niczym powietrze, dźwięki fortepianu. Z czasem główna linia melodyczna kompozycji „Skjálvtin” (The Impact), za sprawą wszelkich innych instrumentów, nabiera mocy, dosłownie puchnie od emocji, a pojawiający się wokal i orkiestrowe brzmienie, zaczynają hipnotyzować słuchacza, tym bardziej, że głos od śpiewu przechodzi w pewnym momencie do melorecytacji. Każdy dźwięk, każda nuta zaczyna poruszać nasz umysł i uruchamiać wyobraźnię. Płynie to wszystko staranne, pięknie niczym nasze beztroskie życie, od podniosłych dźwięków, po delikatne pastelowe barwy, malowane cudownym, uduchowionym fortepianem i brzmieniem kwartetu smyków, jakie usłyszymy np. w drugim na płycie utworze „Litirnir” (The Colours). Niepewność i lęk pojawia się w kolejnej kompozycji „Himnakropparnir” (Celestial Bodies), w której to perkusja w tle znajduje swój miękki i stały rytm, wokale z czasem zaczynają się przenikać, a wszystko to zostaje wzmocnione potęgującym złowieszczą atmosferę, natłokiem wszelkich instrumentów strunowych, perkusyjnych i dętych, aż do opadającego, klawiszowego ukojenia w ostatnich sekundach tego niezwykłego utworu. Poziom emocji jest tu naprawdę przeogromny. Te dźwięki potrafią ożywić w słuchaczu najgłębiej ukryte pokłady wzruszenia i to z dwóch odmiennych biegunów przeżyć i wspomnień. Ukojenie i spokój, jak to zwykle po burzy, i tej meteorologicznej, i emocjonalnej, przychodzi wraz kolejnym na płycie utworem „Ivin” (The Doubt), w którym piękna kojąca melodia, utkana jest za pomocą klawiszy syntezatorów, fortepianu, bębnów oraz oczywiście smyków, powoli zwiększających i wyrównujących tym samym intensywność płynącej melodii. Przechodzi ona łagodnie w kolejną kompozycję „Vitin” (The Ligthhouse), w której to struny pchają wręcz całą główną muzykę do przodu, wygładzony bas zapewnia wiolonczela, a ciężkie nuty gitary sprawiają wrażenie brzmienia starego westernu. Po pewnym czasie zanika perkusja, a płynność melodii zawdzięczamy tylko wszelakim strunom. Wystarczy wtedy tylko zamknąć oczy i marzyć, wspominać, śnić, tęsknić… Tą beztroskę przerywa nagły trzask blaszanych talerzy i bębnów oznaczających początek „Skapanin” (The Creation), w którym fortepiany ponownie przejmują kontrolę, na tle rozrzedzonej perkusji, z czasem grającej coraz bardziej rytmicznie i głośniej, aż do osiągnięcia efektu kulminacji, będącym muzycznym krzykiem uniesienia, by nagle cofnąć się i pozostawić tylko pojedyncze nuty fortepianu. Genialne zagranie, piorunujący moment tej płyty! W następnym, „Tøkkin” (The Thanking), zaczynającym się od razu od tego niezwykłego śpiewu w języku farerskim, możemy sobie wyobrazić dosłownie wszystko. Wokal jest tak przejmujący i przeszywający, że oczy momentalnie robią się szkliste i wielką sztuką jest tu zatamować wzruszenie i łzy. Na krótką chwilę, chyba na ich otarcie, kontrolę przejmują skrzypce i fortepian, lecz trwa to naprawdę moment, gdyż emocjonalny śpiew wraca na koniec tej kompozycji. Przechodzi ona bardzo płynnie i łagodnie w finalny, najdłuższy utwór tego dzieła „Eftirskjálvtin” (The Aftershock). W tych ponad 7 minutach nie sposób się nie zatracić całkowicie. To prawdziwa, wręcz platynowa, muzyczna poezja dla duszy! Powraca ten prosty, ale jakże genialny motyw fortepianowy, znany z samego początku płyty. W końcu krąg musi się zamknąć. Wszystko co w nim brzmi staje tak kontemplacyjne, że ta muzyczna hipnoza osiąga swój zamierzony efekt. W oddali rozlegają się ciche i subtelne dźwięki stalowej gitary i wkrótce struny zaczynają budować swoją tajemniczą atmosferę. Wokal pojawia się mniej więcej w połowie, wzmocniony siłą instrumentów perkusyjnych, wprowadza cały zespół w przecudną orkiestrową konstrukcję, a wszystko to delikatne i powoli cichnie niczym kinowy dźwięk podczas napisów końcowych… I nastaje cisza… Cykl zamyka się.

Jeśli chodzi o teksty, to, wybaczcie, nie władam językiem farerskim, ale udało mi się znaleźć fragment mojego ulubionego utworu „Tøkkin” (The Thanking) i dzięki pomocy „internetowego” tłumacza widzę, że chyba najlepiej pasuje on do wymowy zawartej w słowach, całego albumu:

„Obietnice, które złożyliśmy, pojawiają się na każdym szczycie, na jakim kiedykolwiek staliśmy.
Łzy, które przelaliśmy, zmniejszyły się z upływem lat i spadły na ziemię, suchą od wieków, na której teraz dzięki nim lilie wyrosły z gruzów.
Słowa, o których zapomnieliśmy w pośpiechu, gdy świat żył i szalał, wciąż są żywe w nas i sprawiają, że na horyzoncie pojawia się promień tęsknoty.
A może tylko przez krótką chwilę widzimy ten świat w jego wszystkich żywych kolorach i pływamy w nim w drobnych kawałkach?
By za chwilę ujrzeć głęboką przepaść i obudzić się z nadzieją, że zakwitniemy w nowym kształcie.
Obudzeni opuszczamy to, co minęło i tylko przez chwilę spoczywamy w wdzięczności i spokoju.

Ta płyta w całości uruchamia każdą komórkę ciała słuchacza, przewraca trzewia, prześwietla niczym najdokładniejszy tomograf umysł, aby zmusić nas do duchowej ekstazy. Do refleksji, jakiej tylko sobie zapragniemy i sami wywołamy za pomocą tych magicznych nut. Naprawdę, wierzcie mi nieczęsto spotyka się taką muzykę. Jak zdoła się odpowiednio w nią zagłębić, to nie sposób się od niej uwolnić i tak swobodnie wydostać z tej zadumy i emocji. Staje się ona zarazem naszym prywatnym konfesjonałem, poduszką, w którą możemy się wypłakać, ale również balonem, do którego możemy w każdej chwili wsiąść i unieść się nad ziemią, aby uciec daleko i wysoko. Ta płyta to przede wszystkim nasze tajne, osobiste przejście, do miejsca, w którym możemy ukryć się sami lub najlepiej bezpiecznie z kimś dla nas szczególnym, aby tylko i aż patrzeć w te wybrane najcudowniejsze oczęta na świecie, w których niczym w soczewce skupia się cały nasz wymarzony świat. Krąg idealny, bez bólu, bez nieszczęść i tego wszystkiego, co niestety zaczęło nas tak strasznie osaczać w tym dosłownie i dobitnie chorym XXI wieku…

Nie są to wesołe nuty… Ale smutek, mam wrażenie, bywa bardziej donośny i dosadny od radości, która często bywa bardzo pozorna, a dodając do tego okoliczności naszych czasów, niezwykle ulotna. Smutek, kiedy przychodzi, odziera nasze życie, niczym jesień z przepięknych liści, ukazując prawdziwe oblicze nagich drzew. Ale najważniejsze jest to, aby gałęzie i korzenie były zdrowe, gdyż jeśli ten warunek jest spełniony, to cudowne pączki, a następnie liście i owoce wyrosną ponownie, przynosząc upragnioną radość i szczęście.

Muzycy, którzy stworzyli to dzieło pochodzą z wielu zakątków krajów skandynawskich, a prym wiodą oczywiście reprezentanci Wysp Owczych. Dokładny skład tego perfekcyjnie brzmiącego ansamblu przedstawia się następująco:

- Dánjal á Neystabø – fortepian i chórki w utworze „Himnakropparnir”;
- Teitur Lassen – fortepian i chórki w utworze „Himnakropparnir”;
- Ólavur Jákupsson – główny wokal;
- Mikael Blak - gitara basowa / synthbass;
- Niels Skovmand – skrzypce;
- Jakob Johansen – puzon;
- Maggie Bjorklund – elektryczna gitara stalowa, gitary,
- Knut Finsrud – perkusja i instrumenty perkusyjne;
- Ulrik Brohuus – perkusja i instrumenty perkusyjne;

Na szczególne podkreślenie zasługuje udział Duńskiego Kwartetu Smyczkowego (Danish String Quartet). Nad całokształtem czuwał w roli kompozytora mieszkający w Kopenhadze, wielokrotnie nagradzany Kim Rafael Nyberg. To w Danii postać szczególna (choć niektóre źródła podają jego fińskie pochodzenie). Na scenach muzycznych występował na takich festiwalach, jak chociażby Roskilde Festival, Copenhagen Jazz Festival, Transform Festival i Oslo World Music Festival w Norwegii, a także odbywającym się u nas, w Lublinie, Different Sounds Festival.

Ten niezwykły język farerski, z jakim zapewne wielu z was spotka się po raz pierwszy w życiu, należy do nordyckich języków wyspiarskich. Używa go na co dzień około 44 tys. osób, w większości zamieszkujących oczywiście Wyspy Owcze. Spróbujcie się nim zachwycić, jak i całą tą magiczną płytą, przepełnioną dźwiękami, niby tak odległymi, ale chyba drzemiącymi w każdym z nas. Szczególnie teraz, kiedy czasu na przemyślenia jest tak wiele. Kto wie jakie będzie jutro??? Kto wie jak będzie wyglądał nasz świat po tym wszystkim, czego jesteśmy dziś świadkami??? Powietrze i muzyka z tak urokliwych wysp, to bardzo dobry sposób, aby przewietrzyć umysł, duszę oraz całe otoczenie - Nasz Osobisty Świat, gdyż jest on najważniejszy ze wszystkiego, co nam zostało dane…

MLWZ album na 15-lecie