Thorne, Steve - Levelled-Emotional Creatures: Part 3

Artur Chachlowski, Thorne, Steve - Levelled-Emotional Creatures: Part 3

Jeśli dobrze pamiętam, to kilka lat temu Steve Thorne ogłosił przejście na muzyczną emeryturę, ale jednak – jak widać – ciągnie wilka do lasu i oto mamy przed sobą najnowsze dzieło brytyjskiego barda prog rocka – album zatytułowany „Levelled”. Dopisek w podtytule „Emotional Creatures: Part 3” świadczy, że nawiązuje on do dwóch pierwszych płyt tego artysty, pozostawiając jakby poza kręgiem zainteresowania pozostałe krążki, w tym wydany trzy lata temu „Island Of The Imbeciles”.

„Levelled” to płyta nagrana przez Thorne’a z niewielką pomocą innych muzyków: na gitarach gra Geoff Lea, a na perkusji znany z grupy Cosmograf, Kyle Fenton. Steve Thorne obsługuje resztę instrumentów oraz śpiewa. Już dawno minęły czasy, kiedy na jego albumach można było spotkać wielkie nazwiska, takie jak Nick D’Virgilio, Geoff Downes czy muzyków grup IQ i Jadis. Ale w przypadku najnowszej płyty nie ma to akurat żadnego znaczenia.

Muzycznie na „Levelled” raczej nie ma zaskoczeń. Jeżeli ktoś zna twórczość Thorne’a, to z jednej strony na pewno nie poczuje się zawiedziony, a z drugiej – usłyszy, że pozostaje on wierny sobie i po raz kolejny zapewnia solidną porcję wolnego od stereotypów progresywnego popu czy, jak kto woli, piosenkowego art popu. Sporo jest tu ładnych piosenek (aż 11, z tym że dwie części krótkiego utworu „Little Boat” stanowią intro i outro całej płyty), aż roi się od niezłych melodii, gitary (często akustyczne) brzmią bardzo zacnie, wokale i pomysłowe linie melodyczne są więcej niż przekonujące, produkcja (Rob Aubrey) bezbłędna, jest też wystarczająco dużo miejsca na ekscytujące pasaże instrumentalne, a stylowe użycie syntezatorów i gitar elektrycznych sprawia, że płyty słucha się z prawdziwą przyjemnością. Nie ma na niej praktycznie słabego momentu. Jednak nie ma też kandydatów na potencjalny mega przebój czy też na przyszłego progrockowego klasyka. Wszystko jest tu przyjazne dla uszu, odpowiednio dozowane, klimat bardzo ugrzeczniony, a poszczególne utwory są zdecydowanie zorientowane na zgrabne piosenki. Wyjątkiem jest oznaczona indeksem 2, a więc umieszczona prawie na samym początku płyty, kompozycja „He Who Pays The Piper”, której rozmach i rozmiary (prawie 10 minut!), wyłamują się tej ocenie. Lecz reszta to już zdecydowanie piosenki. Niektóre lepsze („Rainy Day In New York”, „Psalm 2.0”, „The Fourth Wall”, „World Salad Surgery”, „I Won’t Forsake Truth”), niektóre słabsze („Monkey Business”, „Waves”, „Waking Up”), ale nigdy nie schodzące poniżej przyzwoitego poziomu.

Jeśli ktoś ma słabość do tak zwanego ambitnego popu z lekkim twistem w stronę progresywnego rocka, może znaleźć na „Levelled – Emotional Creatures: Part 3” naprawdę dużo cieszącej jego uszy muzyki. Stylistycznie jesteśmy gdzieś niedaleko klimatów znanych z płyt Sound Of Contact, It Bites, Jadis czy piosenkowego Big Big Train. Zaś lirycznie Thorne rozprawia się na płycie „Levelled” z kilkoma sprawami. Głównie z religiami, teoriami spiskowymi i pseudonaukowymi hipotezami. Nie chcę się zagłębiać w szczegóły, bo myślę, że z punktu widzenia nie-angielskojęzycznego słuchacza mają one drugorzędne znaczenie. Niekoniecznie zgadzając się z teoriami autora myślę, że warto o tym wiedzieć i oceniając tę płytę należy pamiętać, że o artystycznej wartości przekazu albumu „Levelled” stanowią nie tylko dźwięki, lecz także i teksty.

MLWZ album na 15-lecie