Meisel, Hubi - Em0cean

Artur Chachlowski,
Image W jednym z wywiadów Hubi Meisel na pytanie w jaki sposób odkrył u siebie muzyczny talent odparł dziennikarzowi tak: „od pierwszego dnia po moich narodzinach słuchałem muzyki Mozarta. Moja mama przez całą ciążę zasłuchiwała się w jego kompozycjach. Nic dziwnego, że będąc przedszkolakiem często widywano mnie, gdy śpiewałem do marchewki, która udawała mikrofon”. Ale podejrzewam, że Hubi wcale nie wyśpiewał arii z oper Mozarta, bo już w dzieciństwie zafascynował się dokonaniami zespołów AC/DC, Iron Maiden, czy Accept. I właśnie taką ostrą muzykę wykonywał ze swoimi pierwszymi zespołami. W muzycznym show biznesie zaistniał po raz pierwszy w 1999r., kiedy to zadebiutował wraz z zespołem Dreamscape albumem pt. „Very”, który zyskał sobie bardzo przychylne przyjęcie kręgu heavymetalowych słuchaczy. Lecz niedługo później drogi wokalisty i reszty zespołu rozeszły się. Hubi rozpoczął działalność solową wydając najpierw płytę „Cut” (2002), będącą swoistym hołdem dla rocka lat 80., a teraz wypuszcza na rynek imponujący koncept zatytułowany „EmOcean”. Liryczny kontekst tego albumu powstał w oparciu o sny Meisela opowiadające o fascynacji podwodnym światem. W tekstach utworów z płyty „EmOcean” znajdziemy odniesienia do zatonięcia Atlantydy, tajemnic Trójkąta Bermudzkiego, legend Morza Sargassowego oraz rozliczne wątki zaczerpnięte wprost z mitologii greckiej. Z pozoru wyglądać to może dość pokrętnie. Historia muzyki rockowej mówi o jeszcze bardziej wymyślnych tematach koncept albumów, i o ile ten aspekt płyty „EmOcean” nie stanowi jakiejś niespodzianki, to sama muzyka jest już pewnym zaskoczeniem. Hubi Meisel przyzwyczaił swoich fanów do ostrego, hardrockowego grania, a tymczasem na „EmOcean” mamy do czynienia ze zdecydowanie spokojniejszym klimatem. Wprawdzie z muzyką z tej płyty jest jak z taflą tytułowego oceanu: raz jest spokojna, dająca wytchnienie, raz dynamiczna, wzburzona, targana wiatrem i błyskawicami. Słyszymy tu więc i ostre gitarowe riffy (świetny Marcel Coenen), podniosłe partie instrumentów klawiszowych (Vivien Lalu) i mocno pracującą sekcję rytmiczną (Daniel Flores – Jean B. Affonco), ale należy zauważyć, że w muzyce Meisela najbardziej liczy się głos (Hubi daje niesamowity popis swoich ogronych możliwości) i melodia. A takich pięknych i budzących prawdziwy zachwyt tematów muzycznych na „EmOcean” jest naprawdę sporo. Ja spośród nich wyróżniłbym kompozycję tytułową, „Sapientia Vitae”, Fanta Sea”, czy przebojowe nagranie „Lost In The Waters Of Sargasso”. Na osobną wzmiankę zasługują dwa utwory umieszczone na samym końcu płyty jako dodatki. Zarówno „Crystal Moon”, jak i „Tears Of An Enchanted Sea” z jakichś względów nie znalazły się w zasadniczym programie albumu. A oba stanowią prawdziwą wartość dodaną do tej przecież i tak niesamowicie dobrej płyty.
MLWZ album na 15-lecie