Illusion Of Gravity - Too Late

Artur Chachlowski, Illusion Of Gravity - Too Late

Bardzo przyjemna niespodzianka. Można górnolotnie powiedzieć, że ten album pojawił się znikąd, choć tak naprawdę dotarł do nas z północnych Włoch. A jak wiadomo, Italia to rejon, w którym zawsze panował wyjątkowo przychylny klimat dla progrockowej muzyki.

Grupa Illusion Of Gravity pochodzi z Turynu, a album zatytułowany „Too Late” jest jej płytowym debiutem. Działają od 2013 roku, ale dopiero niedawno, po ostatecznym wykrystalizowaniu się składu (trzon Illusion Of Gravity to czterech muzyków: Federico Aluzzi (gitara rytmiczna i śpiew, Gabriele Zuddas (gitara basowa), Umberto Alberto (instrumenty klawiszowe) oraz Davide Garofalo (perkusja)) przystąpili do nagrań i w duchu muzycznej harmonii, jaka zapanowała w zespole po dołączeniu doń ostatniego brakującego ogniwa – gitarzysty Alessandro Cascelli – powstał album zatytułowany „Too Late”.

I właśnie od tytułowej dziewięciominutowej kompozycji rozpoczyna się to wydawnictwo. I to ona, ze swoim długim ilustracyjnym wstępem oraz drugą, już bardziej piosenkową, częścią stawia wysoko poprzeczkę i definiuje jaka to będzie płyta. „Too Late” ze swoim świetnym klimatem, błyskotliwymi partiami gitar, syntezatorowymi tłami i bardzo dobrze wykonanymi (bez cienia włoskiego akcentu) partiami wokalnymi, jest bardzo udanym utworem pokazującym przeogromne możliwości zespołu. To jeden z najlepszych fragmentów całego albumu, choć najlepsze, w postaci dwóch zamykających ten krążek utworów, ma dopiero nastąpić. Zresztą ten niedługi, trwający równo 40 minut album składa się zaledwie z pięciu tematów. Dwa najkrótsze, trwające po około 6 i pół minuty oznaczone są indeksami 2 i 3: „Shining Bliss” oraz „Strange Home”. I bynajmniej nie są to wcale słabe utwory. Gdyby wyłącznie z takich składał się program tej płyty, to uznałbym ją za dobrą. Ale jak już wspomniałem, najlepsza jest końcówka płyty. Dlatego „Too Late” to po prostu album nie tyle dobry, co bardzo dobry.

Świadczy o tym wybornie brzmiący, bardzo zwarty, utwór „I Can”. Rozpoczyna się w duchu muzyki elektronicznej, potem nastrój się zmienia, pojawiają się przestery i pogłosy, a ze zwykłej progrockowej piosenki przeistacza się on w majestatyczną kompozycję skwitowaną umieszczonym w jej finale absolutnie pięknym i porywającym gitarowym solo.

No i na koniec mamy najlepsze. To, co progresywne tygrysy lubią najbardziej: majestatyczna, trwająca ponad 10 minut kompozycja „Kua Fu”. Utwór doprawdy mistrzowski. Opowiadający o tytułowej postaci na tyle nierozumnej, że dla sprawdzenia swoich sił postanawia złapać Słońce. W chińskiej mitologii w tej pogoni za Słońcem Kua Fu umiera z pragnienia, zaś grupa Illusion Of Gravity dopisała do tej historii własne zakończenie, w którym Księżyc zakochuje się w głównym bohaterze i wylewa łzy rozpaczy, gdy widzi jego śmierć. Bardzo romantyczna to historia, a muzycznie utwór ten zabiera nas w najwspanialsze rejony progresywno-rockowej stylistyki. Wyrazisty bas, mocny napęd sekcji dającej tło dla porywającej partii organów, a w drugiej kolejności soczystej partii gitar (mamy tu następujące po sobie trzy wspaniałe solówki)… Wszystko to opakowane fajnymi melodiami. Basowo-klawiszowo-gitarowe szaleństwo. Feeria progrockowych muzycznych kolorów znajdująca swoje ujście w wyciszonym, bardzo symfonicznym, jakby utrzymanym w filmowym klimacie, finale. To utwór, jakich powstaje już dzisiaj niewiele. Autentyczny majstersztyk.

Podsumowując, mamy do czynienia z albumem, który uważam za jeden z najznakomitszych progrockowych debiutów tego roku. Muzyka grupy Illusion Of Gravity to progresywny rock z wysokiej półki, pełen fajnych partii wokalnych, a przede wszystkim strzelistych partii gitar i syntezatorów. Włoscy muzycy posiadają niesamowity zmysł i poczucie melodyjności, a ich kompozycje są zwarte i brzmią zaskakująco świeżo. Nic tu nie dzieje się przypadkiem. Nic nie dzieje się na siłę. Niczego nie ma tu w nadmiarze, a jest wszystko to, co konieczne, by zachwycić progrockowego odbiorcę od pierwszej do ostatniej minuty. Jednym słowem, to dobra, pardon, bardzo dobra robota.

2020 rok chyli się ku końcowi. Proponuję, by nie zwlekać i koniecznie zapoznać się z muzyczną zawartością albumu „Too Late”, by faktycznie nie było za późno i potem nie żałować tego ewentualnego niedopatrzenia.

MLWZ album na 15-lecie