Fernandes, Vian - Half Life

Tomasz Dudkowski, Fernandes, Vian - Half Life

Rzadko docierają do nas nowe progresywne płyty wydane w Indiach. Zatem sam fakt, że takie wydawnictwo trafiło w moje ręce jest wystarczającym powodem by poświęcić mu nieco czasu. Dodam od razu, że nie był to czas stracony.

Vian Fernandes związany jest z grupą Nirmitee, w której jest wokalistą. Ma też za sobą występy w X-Factor India, a przede wszystkim jest członkiem formacji Thaikkudam Bridge, gdzie gra na basie oraz… rapuje. Piętnastoosobowy(!) zespół wydał dwie płyty, a do nagrania „Namah” sprzed dwóch lat zaprosił dodatkowo znane w muzycznym świecie postacie, takie jak Guthrie Govan, Marco Minnemann, Chris Adler czy Jordan Rudess.

Album „Half Life” ukazał się w marcu tego roku i jest już trzecim solowym krążkiem artysty po wydanym w 2016 roku „Pahadi” i „Alive” (2017). Jednocześnie jest pierwszym nagranym niemal w całości po angielsku.

Duży wpływ na zawartość albumu miała śmierć jego ojca, Manuela Petera Fernandesa, który zmarł 30 kwietnia 2018 r. To tragiczne wydarzenie spowodowało, że Vian zaczął zadawać sobie pytania o sens życia, a swoje przemyślenia zawarł na albumie, który jest wycieczką po życiu, śmierci, emocjach, snach, uczuciach i wszystkim, przez co ludzka dusza i ciało przechodzą, aż do Ostatniej Podróży.

Album rozpoczyna utwór tytułowy, w którym muzyk wygłasza słowa, wprowadzające słuchaczy w temat płyty:

Każdy przeżywa swoje życie niezależnie od tego, przez co przechodzi. W miarę jak każdego dnia kolejne jego rozdziały odkrywają swoje karty, coraz głębiej zagłębiamy się w poszukiwaniu celu egzystencji polanej zalewą myśli i uczuć, które oddychają razem z nami i napędzają nasze działania i pragnienia. Niektórzy decydują się odejść wcześnie, inni napotykają niespodziewane okoliczności, a jeszcze inni żyją z dnia na dzień, dopóki pewnego dnia śmierć ich nie zabierze.

I to wszystko… To koniec… Lecz czy każda żyjąca kiedyś dusza przeżywała swe życie w pełni? Jako ludzie każdego dnia pozwalamy rodzić się nowym marzeniom, pragnieniom i nadziejom. A co by było, gdyby zostawało coś niedokończonego, nawet dla tych, którzy widzą jak powoli zbliżają się do końca?

Czy wszyscy żyliśmy w pełni, czy zostawiliśmy coś niedokończonego?

Jeśli tak, to wszyscy żyjemy pół-życiem, dopóki nie narodzimy się ponownie, by dokończyć, to co zaczęte i przeżyć kolejne PÓŁ-ŻYCIE.

Wszystko to dzieje się na tle delikatnego klawiszowego tła i żeńskiej wokalizy a zakończone jest płaczem noworodka. Życie się rozpoczęło. Płacz przechodzi w tykanie zegara, który rozpoczyna instrumentalny „Genesis”. Początkowo do naszych uszu dochodzą dźwięki wspomnianego zegara, bzyczenie owada czy odgłosy jadącego pociągu. W dalszej części robi się ostrzej, wręcz progmetalowo za sprawą intensywnej pracy sekcji, która daje solidne oparcie dla klawiszowo–gitarowego pojedynku. Te dwa fragmenty można traktować jako wstęp do „To Be With Me”, w którym w końcu możemy posłuchać jak główny aktor spektaklu śpiewa. Jego głos jest niezwykle przyjemny, rzekłbym aksamitny, a śpiew cechuje duża melodyjność. Początkowo spokojny, wspaniale się rozwija przypominając twórczość Porcupine Tree z najlepszych czasów, a w końcówce powala cudownym gitarowym solem. Jeśli ktoś po wysłuchaniu dwóch pierwszych ścieżek nie wpadł jeszcze w zachwyt, to gwarantuję, że po wysłuchaniu „To Be With Me” zostanie złapany w potrzask i nie będzie w stanie uwolnić się z niego na długo. A dalej wcale nie jest gorzej! Pojawiająca się jako czwarta kompozycja „A World Undone” cechuje duża różnorodność. Zaczyna się od szumu strumyka, subtelnej partii fletu i akustycznej gitary i czytanego przez Rahel Dutt przejmującego tekstu. Fragment ten przywołuje na myśl utwór „The Perfect Life” z repertuaru Stevena Wilsona. Mniej więcej w połowie robi się dynamiczniej za sprawą rwanych dźwięków gitary i perkusji, na tle których wspaniale wybrzmiewa fortepian by po chwili ustąpić miejsca kolejnej efektownej solówce gitarowej. I gdy myślimy, że dźwięki te doprowadzą nas do finału utworu następuje nagłe wyciszenie i słyszymy kobiecy płacz, po którym powracamy do dynamicznej części z fantastycznym duetem fletu i syntezatora. Za sprawą promującej album ballady „When I’m Gone” możemy złapać chwilę oddechu. To cudowny duet Fernandes – Dutt śpiewany na tle organowych plam oraz tandemu gitara akustyczna – fortepian okraszonych subtelną pracą sekcji rytmicznej. Sprawne ucho wychwyci także rzadziej wykorzystywany w nagraniach instrument jakim jest melodica. Było wyciszenie, więc teraz radykalna zmiana klimatu za sprawą wielobarwnego utworu „ADHD”. Zgodnie z tytułem dzieje się tu bardzo dużo. Jest fragment, którego nie powstydziliby się panowie z Dream Theater czy Porcupine Tree z okolic płyty „In Absentia”, który kontrastuje z klasycznym śpiewem pani Gazal Mohanty w języku hindi. A jakby tego było mało, to dostajemy również wstawkę z muzyką elektroniczą. Ścieżka numer 7 – „Answers To My Life” - to kolejna ballada śpiewana w dwugłosie przez Fernandesa i Dutt. Wyróżnia ją dodanie odgłosów publiczności przez co mamy wrażenie obcowania z występem na żywo. W końcówce powtarzany jest wielokrotnie dwuwers

I’ve been searching

Searching for the answers for my life.

Spokojny nastrój kontynuowany jest także w kolejnej balladzie, „Fireflies”. Zaczyna się wręcz eterycznie za sprawą delikatnego śpiewu Viana i wtórującej mu Rahel na tle szumu morza i subtelnych dźwięków gitary. W drugiej części robi się bardziej dynamicznie, a autor może pokazać, że potrafi śpiewać też w bardziej zdecydowany sposób. „My Northern Star” ponownie zachwyca dwugłosem obojga wymienionych wcześniej wokalistów oraz nastrojową gitarową solówką. Całość może kojarzyć się z dokonaniami Blackfield, choć mi przywołuje na myśl nagrania umieszczone na albumie Riccardo Romano „B612”, a w szczególności duet włoskiego wokalisty z Jennifer Rothery. Spokój burzą w końcówce dźwięki syren i helikoptera, by potem ustąpić odgłosom burzy rozpoczynającym finałowy song, „The Voyage”, dedykowany pamięci ojca muzyka. W pierwszej części dominuje śpiew chóru na tle nut wygrywanych na pianinie i subtelnych orkiestracji, w drugiej przejmujący tekst wyśpiewuje autor, nie mogący pogodzić się ze śmiercią rodzica:

I wish I could see you one last time

I wish you never said goodbye.

Strata bliskiej osoby dla każdego jest traumatycznym przeżyciem. Zaletą bycia muzykiem jest to, że można przelać swoje myśli na język sztuki i w ten sposób odbyć swoistą terapię. A że prawdziwe dzieła rodzą się zazwyczaj w bólu, to i w tym przypadku mamy do czynienia z nietuzinkowym wydawnictwem, które z pewnością zadowoli fanów Camel, Pink Floyd, Marillion, różnych odsłon Stevena Wilsona, Dream Theater czy też Riccardo Romano, The Verbal Delirium i solowych nagrań Jargona.

Na koniec przedstawię artystów, którzy wzięli udział w nagraniach. Są nimi: Rahel Dutt (śpiew), Siddharth Kulkarni (instrumenty klawiszowe, melodica), Pradeep Pande (gitary), Prince John (perkusja), Montu Gosavi (programowanie i aranżacja), Ravi Kiran (flet), Gazal Mohanty (klasyczny śpiew) oraz Priya Nair, Anna Daniel, Shreya Nair, Roshni Thakkar, Leena Rajan, Pramodini Katarnavare (chór w „The Voyage”), a także sam Vian Fernandes, który śpiewa, gra na basie oraz gitarze akustycznej oraz oczywiście jest autorem całego materiału. Album został nagrany w Montu Studio i zmiksowany przez Rajana K. S., jednego z inżynierów dźwięków współpracującego z Thaikkudam Bridge.

„Half Life” to niespełna 50-minutowa podróż po ludzkich uczuciach i marzeniach opowiedziana w nader ciekawy sposób, gdzie eteryczne ballady przeplatane są wręcz progmetalowymi riffami, ubarwione mnóstwem pozamuzycznych dźwięków od szumu strumyka i płaczu dziecka, po policyjne syreny i odgłosy złowrogiej burzy. Bardzo mocna kandydatka do czołowych miejsc na (przynajmniej mojej) liście ulubionych albumów AD 2021.

MLWZ album na 15-lecie