Panunzi, Stefano - Beyond The Illusion

Przemysław Stochmal, Panunzi, Stefano - Beyond The Illusion

Stefano Panunzi to postać, która w Małym Leksykonie co jakiś czas pojawia się już od dawna. Włoski klawiszowiec i kompozytor jest również postacią obecną pośród wielkich nazwisk artockowego świata – regularnie współpracuje on z takimi artystami, jak Tim Bowness, Jakko Jakszyk czy Gavin Harrison - to wspierając kompozytorsko, to zapraszając do udziału w swoich autorskich dokonaniach i produkcjach spod szyldu Fjieri (m.in. przedstawiana u nas płyta "Words Are All We Have" z 2015 roku). Pod koniec marca na rynku ukazał się trzeci solowy album włoskiego muzyka, zatytułowany „Beyond The Illusion”.

Muzyczny świat Panunziego, działającego wciąż gdzieś w orbicie brytyjskich uznanych kolegów, jest tyle interesujący, co dość hermetyczny. Artysta od lat, jeszcze od czasów współpracy z nieodżałowanym Mickiem Karnem, ze szczególnym upodobaniem eksploruje nastroje przywołujące w pierwszej kolejności skojarzenia z twórczością solową lub wspólną członków Japan z czasów po rozpadzie formacji. Idąc dalej tropem skojarzeń, przytaczając takie nazwy, jak King Crimson czy Porcupine Tree, otrzymalibyśmy w dużym uproszczeniu zapowiedź tego, czego spodziewać się można po produkcjach Panunziego, w tym również po najnowszej jego publikacji. Na rzucaniu prostymi skojarzeniami jednak poprzestać się nie da, jeśli chcielibyśmy zadośćuczynić wszelkim aspektom muzycznego uniwersum włoskiego kompozytora. Raczej trzeba byłoby traktować je w kategoriach międzygatunkowej ekspansji, wszak na „Beyond The Illusion” można napotkać również i takie akcenty, jak elektronika, jazz czy muzyka filmowa.

No właśnie, muzyka tworzona do filmów mogłaby być kolejnym hasłem-wytrychem w odniesieniu do zawartości najnowszego albumu Panunziego. Dość powiedzieć, że ten ponadgodzinny materiał, podzielony na dwanaście kompozycji, tylko w swojej jednej trzeciej opiera się na formach instrumentalno-wokalnych, piosenkach zaśpiewanych przez zaproszonych wokalistów (Tim Bowness, GRICE). Te, wplecione skrzętnie w tok trwania albumu, zdają się z założenia nie stanowić jego meritum, a jedynie swego rodzaju uzupełnienie instrumentalnej opowieści tworzonej w tym sensie na podobieństwo soundtracków. Tym samym płyta, choć skrojona z gustem i elegancją, nie musi być lekkostrawnym artrockowym doświadczeniem. Zwłaszcza że każda z pojawiających się tu piosenek, a więc również i współtworzona z Bownessem „I Go Deeper” (znana już z albumu „Flowers At The Scene” wokalisty No-Man), jakby usilnie unika stania się piosenką z prawdziwego zdarzenia, błądząc gdzieś w meandrach niefrasobliwych rozwiązań melodycznych i aranżacyjnych.

Niestety, troszkę skutkuje to faktem, że ciężko na tym skądinąd interesującym albumie znaleźć konkretne tytuły, które można by przywoływać jako najbardziej zapadające w pamięć, najchętniej powtarzane w odsłuchu. Płyta Stefano Panunziego zdaje się być realizacją, którą w pełni można docenić, gdy potraktuje się ją jako całościowe, godzinne doświadczenie. Jest to album intrygujący śmiałym łączeniem z natury odległych od siebie środków; dobry, solidny zarówno w odsłonie abstrakcyjnych krajobrazów, jak i precyzyjnej, wysmakowanej rytmiki. Ale słuchaczowi zaznajomionemu już z Panunziego pomysłem na muzykę, nie zaoferuje on wiele nowego.

MLWZ album na 15-lecie