Eyesberg - Claustrophobia

Artur Chachlowski, Eyesberg - Claustrophobia

By zacząć od genezy grupy Eyesberg należałoby cofnąć się do 1978 roku do Frankfurtu nad Menem. Ze szkolnego zespołu o nazwie Union Pacific wyłoniła się formacja, w której grali m.in. Georg Alfter (gitary), Norbert Podien (instrumenty klawiszowe), a w 1980 roku dołączył do nich urodzony w Manchesterze Malcolm Shuttleworth. Po kilku latach wspólnego muzykowania, już pod szyldem Eyesberg, i braku większych sukcesów, zespół rozpadł się. Musiało minąć kilka dekad, by panowie ponownie przystąpili do pracy nad nowymi utworami. Powrócili też do swojego starszego materiału, który nie był wówczas profesjonalnie nagrany i opublikowany. Możliwość publikacji zaoferowała renomowana wytwórnia Progressive Promotion Records. A potem wypadki otoczyły się bardzo szybko.

W październiku 2014 roku ukazał się album „Blue”, który zawierał nagrane na nowo utwory skomponowane w latach 1980-1983. Drugi album Masquerade” ukazał się w listopadzie 2016 roku i wypełniał go wyłącznie nowy materiał. Do trójki muzyków dołączył perkusista Jimmy Keegan (Pattern Seeking Animals, ex-Spock’s Beard), dzięki czemu Eyesberg nabrał bardziej profesjonalnego sznytu. Gdy przed laty recenzowałem na naszych łamach album „Masquerade”, nie miałem dobrego zdania o produkcjach tej niemieckiej kapeli. Materiał wydawał się wtórny, do bólu neoprogresywny, powielający wszelkie możliwie kalki i wzorce. Nie podobał mi się też śpiew Malcolma Shuttlewortha. Generalnie byłem raczej na nie.

Dlatego nie dziwcie się, że bez wielkiego entuzjazmu podszedłem do wydanej w lutym nowej płyty zatytułowanej „Claustrophobia”. No i od razu powiem: bardzo podoba mi się ten album. A za jeden z jego największych atutów uważam występ… wokalisty. Tego samego wokalisty, Malcolma Shuttlewortha, który swoim Collinsowsko-Fishowym głosem buduje niesamowity klimat na tym albumie.

„Claustrophobia” to album koncepcyjny, który traktuje o życiu malarza Vincenta van Gogha. Narracja dotyczy trudnego dzieciństwa, szalonej młodości, trudnych do akceptacji przez środowisko jego dziwacznych upodobań dotyczących codziennego życia, kontrastujących ze sobą okresów twórczego geniuszu oraz tego wszystkiego, co mogło wpłynąć na jego desperacką depresję i ostatecznie szaleństwo wyrażone obcięciem ucha, a następnie samobójczą próbą zakończoną śmiercią w lipcu 1890 roku. Eyesberg na „Claustrophobii” sprawnie porusza się po neoprogresywnymi poletku i w ogóle nie ukrywa, że kieruje się oczywistymi wzorcami, których wyznacznikiem jest twórczość wczesnego Marillionu, IQ i Pendragonu. Jak już wspomniałem, muzyka oparta jest na neoprogresywnych brzmieniach, ale zespół pozostawia sobie dużą swobodę stylistyczną. Szczególnie klawiszowiec Norbert Podien często ma okazję rozwinąć skrzydła eksponując swoje ciekawe brzmieniowe pomysły. Oczywiście gitary Georga Alftera także potrafią czarować (posłuchajcie gitarowych partii w „Walking In Storms”. Palce lizać!), a finezyjna gra Jimmy Keegana (jego obecność w składzie Eyesberg wyniosła tę grupę o kilka poziomów w górę, a niekonwencjonalna gra, jak chociażby w utworze „Strange Boy” jest prawdziwym wyróżnikiem brzmienia Eyesberg) potrafi budzić najwyższy szacunek.

Już w trakcie otwierającego płytę najdłuższego w tym zestawie utworu „Claustrophobia” (11 minut) można zauważyć jak wielowarstwowe i różnorodne jest brzmienie zespołu, bez żadnego popadania w banał i oczywistość. Kompozycja ta mówi o ogromnym wpływie matki na życie głównego bohatera. Nieprzystępna, szorstka i bardzo religijna kobieta zbudowała wokół van Gogha klaustrofobiczny świat pełen zakazów, nakazów i barier. Swoją muzyką zespół Eyesberg w niezwykle realistyczny sposób oddaje skutki takiego wychowania, precyzyjnie oddając stan ducha niekochanego chłopca, który został wysłany do szkoły z internatem, gdzie doświadczył alienacji i był głęboko nieszczęśliwy. Chwilami może wydawać się, że w utworze tym gra nie Eyesberg, a wczesny Genesis z klawiszowymi nutami zainspirowanymi Tony Banksem, w dodatku przeplatanymi Hackettowskimi solówkami. Niby wszystko brzmi tu jak gdybyśmy już to kiedyś gdzieś, kiedyś słyszeli, ale mimo to kompozycja ta zostawia po sobie bardzo dobre wrażenie. A do tego mamy rewelacyjny śpiew Malcolma Shuttlewortha - tyleż enigmatyczny, co teatralny, utrzymany w duchu młodego Fisha…

Ale nie tylko dłuższymi kompozycjami (do takich zaliczyć trzeba także wspomniany już, wypełniony zachwycającymi instrumentalnymi pasażami, „Walking In Storms”) stoi ten album. Eyesberg doskonale czuje się też w krótszych formach. „Salamander Tree” jest takim krótszym, dość spokojnie rozwijającym się utworem, charakteryzującym się fajnymi liniami melodycznymi w wykonaniu Shuttlewortha, tutaj akurat w niezrównanym duecie z Emmą Edingloh, która na tej płycie wciela się w rolę matki van Gogha, Anny. Utwór ten łagodnie przechodzi w „Sacrifice” – to rockowa, dynamiczna, pełna werwy i dramatyzmu kompozycja ilustrująca scenę obcięcia ucha, a z której z kolei, po katarynkowym przerywniku, wyłania się przebojowo brzmiący temat „We Want You Out!” oddający klimat nastrojów mieszkańców francuskiego Arles żądających wykluczenia szalonego i wiecznie pijanego artysty z ich społeczności. Sekwencja tych nagrań wiele mówi o konstrukcji samej płyty: poszczególne utwory powiązane są ze sobą nie tylko tematycznie, ale łączą się w jedną, trwającą trzy kwadranse bardzo przekonywującą całość.

Opatrzone niezwykle chwytliwym tematem przewodnim przedostatnie nagranie na płycie, „Into The Asylum” (to opowieść o błąkającym się po przytułkach artyście, który w tym tak bardzo trudnym okresie swojego życia stworzył mnóstwo wybitnych prac), błyszczy pięknymi melodiami granymi na fortepianie i świetnymi gitarowymi solówkami, a także błyskawicznie zapadających w pamięć fragmentami, które dostojnie rozwijając się przechodzą do fenomenalnego muzycznego punktu kulminacyjnego, a następnie łagodnie wprowadzają słuchacza do krótkiego finałowego utworu „Final Ride” ilustrującego samobójczą śmierć van Gogha.

Konkludując, na płycie „Claustrophobia” grupa Eyesberg z pewnością nie sili się specjalnie na jakąś szczególną oryginalność, ale udało jej się stworzyć coś wielkiego: dzieło, które posiada wyrazistość i artystyczną głębię. Teksty i muzyka świetnie się ze sobą przenikają, fabuła sprawnie przechodzi od jednego do drugiego ważnego wydarzenia w życiu głównego bohatera, a samo wykonanie, zarówno z instrumentalnego, jak i wokalnego punktu widzenia, jest takie, że całości słucha się nie tyle z szeroko otwartymi uszami, co z szeroko rozdziawionymi z zadziwienia ustami. Stawiam przy tym albumie duży plus i daję mu absolutną rekomendację dla:

- fanów dobrego, świeżo brzmiącego neoprogresu,

- słuchaczy, którzy wciąż nie wiedzą co to współczesny rock progresywny (a chcieliby się dowiedzieć),

- miłośników melodyjnej i niebanalnej, pobudzającej wyobraźnię rockowej muzyki,

- sympatyków muzycznych opowieści, którzy lubią koncepcyjne historie o wyrazistych bohaterach (a takim przecież niewątpliwie jest Vincent van Gogh).

Dobra robota. Duży plus. Polecam!

www.progressive-promotion.de

MLWZ album na 15-lecie