Galaad - Paradis Posthumes

Maciek Lewandowski, Galaad - Paradis Posthumes

Choć kraj, z którego pochodzi ten zespół nasuwa automatycznie skojarzenia z perfekcyjnym odmierzaniem czasu  przez produkowane tam niezawodne zegarki, to dyskografia  Galaad nie jest już tak przesadnie obfita w porównaniu z długością istnienia formacji.

Powstali w 1988 roku w Moutier, w szwajcarskim okręgu zwanym jako Jura Berneńska. Zadebiutowali wydanym w 1992 r. albumem   „First February”, choć zdecydowanie większą uwagę zwrócili na siebie drugą płytą  "Vae Victis" (1995 r.), a to ze względu na bardzo dobrze oceniane innowacyjne cechy gatunku rocka progresywnego w połączeniu ze stylem odnoszącym się do lat 70. Krytycy mocno podkreślali, że oto Galaad stworzył odnowione nuty prog rocka, w których wykorzystał  elementy metalu, grove oraz ambitnego popu, czyniąc finalnie wyjątkową całość, dodatkowo podkreśloną poetyckimi tekstami w języku francuskim. Niestety po tak obiecującym początku zespół zniknął z aktywnego życia, choć nigdy oficjalnie nie ogłosił końca kariery. Przebudzenie nastąpiło po blisko 20 latach w niemal oryginalnym składzie: Pierre-Yves Theurillat – wokal, Sébastien Froidevaux – gitary, Gianni Giardiello – instrumenty klawiszowe, Laurent Petermann – perkusja oraz Gérard Zuber – bas, który jako jedyny zastąpił Vincenta  Berberata (grającego na albumie „Vae Victis”). Po serii kilkunastu  koncertów, w tym m.in. na prestiżowym  „Chant du Gros Festival w 2017 roku, Galaad rozpoczął prace nad trzecim albumem zatytułowanym "FRAT3R" ostatecznie wydanym  w 2019 roku.

Najnowsze dzieło Szwajcarów  „Paradis Posthumes”, wydane pod koniec marca br., to zestaw   jedenastu utworów, trwających w sumie ponad 64 minuty. To wręcz wzorowe połączenie starszych i nowszych  progresywnych trendów, spod znaku Yes, Genesis, Marillion… z rockiem alternatywnym brzmiącym, jak dla mnie, niczym Faith No More z okresu najlepszych swoich płyt  („Angel Dust”, „King for a Day, „Fool for a Lifetime”  i „Album of the Year”)

Galaad  brzmi jak nigdy dotąd - niezwykle dojrzale, wykorzystując bardziej epicki klimat, harmonijnie zintegrowany z silnymi, znacznie mocniejszymi rockowymi  dźwiękami, a wszystko to zostało scalone bogatymi aranżacjami, w których od pierwszej do ostatniej piosenki są prezentowane częste zmiany tempa i kapitalne przejścia z części cichych do głośniejszych. Nie ma wątpliwości, że wszyscy członkowie zespołu to świetnie wyszkoleni instrumentaliści i muzycy, którzy potrafią tworzyć kompozycje na najwyższym światowym poziomie, będące wręcz muzyczną bombą wypełnioną emocjami po same brzegi. Duża w tym zasługa także języka francuskiego, gdyż zespół pochodzi właśnie z regionu Szwajcarii, w którym mieszkańcy urzędowo posługują się słowami Moliera (to ok. 20 % populacji tego kraju).

Niestety z przykrością muszę się przyznać, że nie władam tym jakże eleganckim i romantycznym językiem, ale dzięki  niezwykle obszernemu wywiadowi, jaki udało mi się odnaleźć  z wokalistą i autorem wszystkich tekstów – PyT-em (jak zwracają się do Pierre’a przyjaciele), dowiedziałem się, że tematy jakie poruszane są w utworach dotyczą smutnego losu „poobijanej”,  szczególnie dziś,  ludzkości. Pojawiają się też elementy śmierci, religii, ewolucji, niekoniecznie prowadzącej do świetlanej przyszłości. Duży wpływ miała także  rola relacji z… nieobecnym, nieżyjącym już ojcem PyTa,  który powinien być nieocenionym wsparciem i autorytetem, w tych szalonych czasach, w jakich wszelkie skrajności odbierają nam tak często zwyczajną wiarę w ludzi.  Jest to też często obserwacja mrocznego świata, w którym nierówności wciąż rosną (kłania się Marillion i jego genialny „F.E.A.R.”), podkreślone przez obecną sytuację pandemii, przekładającą się na nacjonalistyczne, okrutne oblicze człowieczeństwa. I choć wszystko co powyżej wymieniłem nie nastraja zbytnim optymizmem, to jednak  pozostaje to ciągłe poszukiwanie i nadzieja, aby zobaczyć w człowieku to, co czyni go odrębną istotą, zdolną do wyższych pozytywnych emocji, pełną empatii, zaufania, dobra  i miłości – uniwersalnych, najwspanialszych w ludziach cech, których tak często nam brakuje, za którymi tak bardzo tęsknimy, a niestety tak nagminnie i permanentnie ktoś nam je kradnie i niszczy, oferując w zamian ból, cierpienie i blizny na całe życie…

Muzycznie ten cały spektakl zaczyna się dość nieoczekiwanymi dźwiękami, gdyż oto na początku otwierającego album „Terra” przez ponad pół minuty słyszymy brzmienia wyjęte dosłownie ze spaghetti westernów w reżyserii Sergio Leone z niezapomnianą muzyką Ennio Morricone, które w efekcie przekształcają się w ekstrawagancką galopadę. Pragnienie podjęcia samotnej walki w obliczu tych wszystkich niesprawiedliwości?

Kolejny, ponad ośmiominutowy „Apocalypse”, to już dosłownie furia energii, jaką słyszymy w głosie oraz mistrzowsko współbrzmiących klawiszach i sekcji rytmicznej. To właśnie typowy Galaad oferujący nam potężny prog w połączniu z groove metalem!

Następujący po nim „Moments” był pierwszym ujawnionym z tego albumu utworem promocyjnym. To piękny klawiszowo–gitarowy song, nie pozostawiający wątpliwości, jak wielką inspiracją jest dla Szwajcarów twórczość Marillion. Brzmienie gitary  Sébastiena Froidevaux to wręcz ukłon w stronę epoki z czasów „Misplaced Childhood” i „Clutching At Straws”. Nie jest to wcale zarzut kopii, a umiejętnie zachowane, w granicach normy,  źródło natchnienia, gdyż brzmienie klawiszy, sekcji rytmicznej oraz przede wszystkim wokalu to wysmakowany własny styl Galaad.

„Le rêve d’unité” zaczynający się delikatną baśniową gitarą w stylu naszego Collage i automatem perkusyjnym, przeradza się stopniowo w dynamiczną kompozycję z pełnym ekspresji krzykiem PyTa: „Czy to katastrofa?” i wspaniałym gitarowym solo. Jak mówi sam autor, utwór ten jest rodzajem wspomnień z dzieciństwa kiedy matka uspakaja syna wieczorem przed snem, po całym niespokojnym dniu, starając się w swych ramionach uchronić dziecko przed nocnymi koszmarami.

„Amor Vinces” to z kolei ukłon w stronę Faith No More, z pełną zadziorności gitarą, mocną perkusją, basem  i podkreślającym tę siłę klawiszem oraz wokalem.  Oczywiście tempo ulega zmianie w stosownych momentach,  tworząc tą niepowtarzalną magiczną dwubiegunową atmosferę. To kapitalny kawałek będący wybornym połączeniem mocnego heavy rocka z muzyką prog.

„La douleur” jest rodzajem rozrachunku z nałogiem. Napisany został przez PyTa w okresie abstynencji. Stanowi antidotum na nadmierną przyjemność, będącą tak naprawdę drogą do zguby. Muzyka stara się być odzwierciedleniem tego trudnego momentu, czasami wręcz jest tak gęsta, że aż boleśnie rzeczywista w swej wymowie, a środkowy fragment, w którym po dosłownie sekundowej pauzie słuchać jęk cierpienia, autentycznie przeraża! To emocjonalne, hipnotyzujące wręcz dryfowanie w chmurach, w końcu Szwajcaria to kraj o największej liczbie alpejskich ponad czterotysięcznych szczytów!

„L’instinct, l’instant” otwierają dźwięki fortepianu prowadzone przez wokal, aby z czasem przerodzić się w muzyczną osmozę opartą na syntezatorach i gitarach. Fortepian przypominający nieco ten z płyt Supertramp powraca w środku kompozycji i towarzyszy niesamowitemu śpiewowi, sprawiającemu wrażenie wykonanego wręcz na bezdechu. A w tle chóry i ta magiczna gitara tym razem wyjęta gdzieś z marillionowych „Dźwięków, których nie da się stworzyć”. Istna rozkosz dla duszy!

Zaskakujący na wstępie jest kolejny utwór - „Ton ennemi”, gdyż  rozpoczyna się niczym hybryda brzmień Philipa Glassa i Klausa Schulze. Majestatyczne piękno tej kompozycji uzupełnia ekstatyczny i żywiołowy śpiew oraz gitara ponownie w stylu mistrza Rothery’ego, tym razem gdzieś z rejonów „Forgotten Sons”.

Tytułowy utwór albumu „Paradis posthumes” zaczyna się niczym "Run Like Hell" Pink Floyd: wyrazista perkusja, czy wręcz plemienne bębny, stają się wspaniałym tłem dla kapitalnie wykorzystanych chórów. To moim zdaniem wymarzony singiel z tej płyty, „radiowy” w czasie, dynamiczny i świetlisty zarazem. Galaad udowadnia nim dobitnie, że nowoczesny prog, to nie tylko długie i zawiłe struktury, a w niecałych pięciu minutach,  jak się ma odpowiedni pomysł i talent, można pokazać  przebojowe oblicze.

A skoro mową już o epikach, to oto docieramy do przedostatniej kompozycji na albumie, ponad dziewięciominutowej „Jour sidéral”. Stanowi ona szczególny, poruszający hołd dla zmarłego ojca PyTa. Pełna jest wzruszeń, pytań i zwyczajnej ludzkiej  tęsknoty  za kimś, kto powinien być w życiu wzorem, przewodnikiem, autorytetem. Muzyka perfekcyjnie oddaje klimat każdemu wymienionemu wyżej uczuciu. Wokal dosłownie rozrywa serce słuchacza, gdyż jest tak szczery i emocjonalny. Muzycznie królują tu fortepian, gitary nastrojone odpowiednio do klimatu oraz klawisze wzmacniające poziom wzruszenia, tak wspaniale współgrające z sekcją rytmiczną. To zdecydowanie najpiękniejsza kompozycja, w której ból i rozpacz ostatecznie mieszają się z nadzieją. Zapewniam, że słuchając tego utworu, łezka zakręci się w oku, nawet  niejednemu twardzielowi.

Tak oto docieramy do finału tej niezwykłej płyty. „Divine” to zgrabna, o wiele bardziej pozytywna od swoich poprzedniczek, piosenka. To taki złocisto–świetlisty samorodek, pełen pozytywnych emocji i zupełnie innego, optymistycznego śpiewu zwieńczonego na końcu autentycznym, szczerym śmiechem… W końcu, jak to mówią, nadzieją umiera ostatnia. Tylko od nas powinno zależeć czy znalezienie czegoś tak oczywistego jak szczęście będzie możliwe. Ale czy tą banalną z pozoru umiejętność posiada każdy z nas? Czy czasami to wyśnione i wymarzone „coś” lub „ktoś” nie staje się w życiu niczym wieczne, bezskuteczne poszukiwanie świętego Graala? Czy aby na pewno sami mamy wpływ na wszystko jako jednostka?  Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdzie na pozór komunikacja z drugim człowiekiem, nawet najbardziej oddalonym, nie stanowi żadnego problemu? Czy aby ten łączący nas w nanosekundy światłowód nie wypacza naszego prawdziwego ja i ukazuje z drugiej strony ludzki blask niczym w krzywym zwierciadle? Gdyż chyba jednak najlepiej jest spojrzeć drugiej osobie prosto w oczy, w odbiciu duszy zajrzeć do prawdziwego wnętrza… Choć i to niestety do końca potrafi się nie sprawdzić i przynieść dla jednej osoby ból i cierpienie, a dla drugiej śmiech, tyle że pełen kpiny i triumfu w nieustającej batalii naszych naturalnych, codziennych bolączek, marzeń i pragnień…

Galaad powrócił bardzo przemyślanym i ważnym albumem, z tekstami w boskim, szlachetnym języku francuskim, oferując nam energetyczną fuzję wszelakich stylów klasycznego rocka i neoprog rocka ze szczyptą popu. "Paradis Posthumes" pokazuje wielką spójność między muzykami, którzy całkowicie wtapiają się w grupę, tworząc godną podziwu synergię, występującą tylko u największych przedstawicieli tego gatunku. I choć inspiracje grupą Marillion, szczególnie słyszalne w sferze dźwięków gitary a’la Rothery są słyszalne, to nie przeszkadzają one Szwajcarom na ich podstawie stworzyć  swoją, niezwykle intrygującą osobowość muzyczną ujętą i wyzwoloną  w bardziej alternatywnej odsłonie,  niż kapela z Aylesbury. Bardzo istotną sprawą jest to, że teksty oraz ich przekaz naprawdę wiele znaczą. Wykonywane z tak wielką ekspresją przez PyTa  stanowią pewien rodzaj rocka progresywnego, nie pozbawionego również  pełnego poetyckiego i wręcz filozoficznego wymiaru.

„Paradis Posthumes”  to solidny album, praktycznie bez słabych momentów.  Imponujący energią, którą Galaad potwierdza zarówno  wielki powrót,  jak i swoje zaszczytne  miejsce, obok takich kapel jak np.  Lazuli, wśród zespołów  francuskojęzycznych.

Dużym plusem u tych sympatycznych Szwajcarów jest dość bezpośrednie podejście do muzyki, która pomimo potężnej mocy i rozległych struktur, nie traci nic z rzeczywistej wypowiedzi i w żadnym momencie nie ociera się o męczące słuchacza  frazesy czy nużące chwile.

Immanuel Kant  powiedział, że „muzyka jest językiem emocji” oraz że „trzy rzeczy pomagają nieść ciężary życia: nadzieja, sen i śmiech”. Galaad ilustruje te cytaty swoim albumem w sposób wręcz wzorcowy.

Zapamiętajcie tę pozycję koniecznie, chociażby pod kątem muzycznego podsumowania bieżącego roku. Zapewniam, że warto!  

MLWZ album na 15-lecie