Blacksmith Tales - The Dark Presence

Artur Chachlowski, Blacksmith Tales - The Dark Presence

„The Dark Presence” to album koncepcyjny opisujący podróż opowiedzianą za pomocą symboli i obrazów wywodzących się od starożytnego Egiptu do średniowiecza. To podróż zbłąkanej duszy w poszukiwaniu wewnętrznego światła, własnego ‘ja’. Bohater musi zmierzyć się z najmroczniejszą sferą swojego umysłu, musi wejść w głąb własnego serca, pokonać przeszkody, które napotyka na drodze do światła, a następnie stawić czoła nowej wędrówce, która wiedzie go ku nowemu życiu.

Ciekawy to temat, a towarzyszy mu jeszcze ciekawsza muzyka. Utrzymana oczywiście w ramach progresywno-rockowych kanonów, a w tej dziedzinie – wiadomo to nie od dziś – Włosi czują się jak ryba w wodzie. Albo jak kowal w kuźni…

No właśnie, liderem, filarem i motorem grupy Blacksmith Tales jest David Del Fabro, którego poczucie humoru i dystans do samego siebie znalazło swój wyraz w nazwie zawiązanej przez niego formacji (‘fabbro’ to po włosku ‘kowal’, co z kolei po angielsku oznacza ‘blacksmith”. Stąd nazwa zespołu).

„Początki grupy Blacksmith Tales miały miejsce jeszcze w latach 90., kiedy skomponowałem zarysy większości utworów składających się na te opowieści i gdy powstawały teksty inspirowane moimi lekturami z tamtego okresu.” - mówi Del Fabro (instrumenty klawiszowe, duduk). Od pewnego czasu występował on w cover bandach Rush, Genesis, Pink Floyd, Kansas, Gentle Giant… i jednocześnie na koncertach zaczął przemycać własne piosenki, które teraz wypełniły program albumu „The Dark Presence”. Najwyraźniej przesiąkły one klimatem utworów legendarnych rockowych grup. Słychać to wyraźnie na tej płycie.

W jej powstaniu Davida mocno wspomagał jego wieloletni muzyczny przyjaciel, Luca Zanon (instrumenty klawiszowe, flety), który przyprowadził ze sobą grupkę młodych instrumentalistów (Stefano Debiaso – perkusja, Denis Canciani – bas oraz Marco Falanga – gitary), by swoją grą we frapujący sposób wpisali się w koncept wymyślony przez Davida.

W gronie tym brakowało już tylko wokalisty. Znaleziono, i to nie jednego, a dwoje ludzi, którzy przejęli na siebie główne partie wokalne, świetnie się uzupełniając i budując ciekawe harmoniczne klimaty swoimi głosami. Męski wokal to Michele Guaitoli, kobiecy głos należy do Beatrice Demori.

Płyta „The Dark Presence” jest długim, epickim kolosem (trwa ponad 5 kwadransów), a na jego program składa się aż 13 kompozycji, z czego dwie (otwierająca całość epicka tytułowa suita oraz utwór „Possessed By Time”) to wielowątkowe i bardzo rozbudowane, trwające po kilkanaście minut progrockowe dzieła. Klimaty mieszają się w nich jak w kalejdoskopie, często balansując pomiędzy patosem, a sennymi nastrojami, ozdobionymi fortepianem, dynamicznymi pociągnięciami smyczków (wydaje mi się, że wszystkie generowane są z syntezatora), mocnymi partiami gitar, finezyjnymi melodiami wykonanymi na Moogu, klasycznymi orkiestracjami oaz granymi na flecie melodiami. Oba długie utwory stanowią prawdziwą wartość dodaną tego wydawnictwa i wraz z trzecim epickim długasem, „Book Of Coming Forth By Day” (trwa on blisko 9 minut), są nie tylko najmocniejszymi punktami programu tej płyty, ale też dowodem na to, że stylistyka Blacksmith Tales mocno zakorzeniona jest w klasycznym prog rocku. Łącznie trwają one tyle samo, co 10 pozostałych nagrań na płycie. A z tych pozostałych wyróżnić trzeba emocjonalną „Golgothę”, wspaniale wypływający z niej dynamiczny utwór „Let Me Die”, szybko wpadający w ucho „The Dark Presence Revelation” oraz późnogenesisowski „Rain… Of Course!”. Ciekawie wypadają też dwa krótkie tematy: instrumentalny „Tides From A Faraway Shore”, w którym rock progresywny miesza się z… tańcami dworskimi, a także kosmiczny „Chapter LXIV”, który pełni rolę wstępu do wspomnianej już epickiej kompozycji „Possessed By Time”. Reszta, aczkolwiek ważna ze względu na rozwój akcji opowiadanej na płycie historii, niekoniecznie trzyma wysoki poziom pozostałych, ale w gruncie rzeczy jakoś negatywnie od nich nie odstaje. Ale i tak myślę, że albumowi dobrze zrobiłby delikatny retusz i małe, powiedzmy piętnastominutowe, odchudzenie.

Ważnymi punktami tej opowieści są dwa krótkie akustyczne utwory: „Interlude”, w którym bohater poznaje swoje ‘ja’ i wreszcie zaczyna polegać na nim (na sobie), co ma swoje konsekwencje w dalszej części historii opowiadanej na płycie, oraz umieszczone blisko finału, bardzo melancholijne nagranie „Last Hero’s Crusade”, w którym dusza głównego bohatera ulatuje w stronę gwiazd…

Tematycznie i stylistycznie zespół Blacksmith Tales wydaje się być naturalnym następcą wczesnych dokonań grupy Asgard. Bo „ The Dark Presence” to bardzo romantyczny album, utrzymany w dobrej (neo)progrockowej tradycji. Ukazuje on ogromny potencjał tego włoskiego zespołu oraz podkreśla jego dynamiczne i zróżnicowane brzmienie. Od początku brzmi tak, że czuje się, iż gra zespół pochodzący z Italii. To chyba druga, po Norwegach, nacja, która idealnie czuje prog rocka, nadając mu swój własny, specyficzny sznyt. Jak na debiutantów, muzycy tworzący Blacksmith Tales spisali się na swoim pierwszym albumie więcej niż przyzwoicie, serwując nam bardzo udaną mieszankę neo progu i symfonicznego rocka. Duża radość przy słuchaniu gwarantowana!

MLWZ album na 15-lecie