D Project

Karmamoi - Room 101

Artur Chachlowski, Karmamoi - Room 101

Dwa miesiące przed premierą dostajesz pakiet promocyjny z plikami audio nowego albumu. Słuchasz raz drugi, nie jesteś specjalnie zachwycony, odkładasz temat na później… Dwa tygodnie potem przychodzi ten sam album już jako dzieło gotowe, na fizycznym nośniku CD. Wkładasz do odtwarzacza, znowu słuchasz raz, drugi, trzeci. Niby brzmi nieźle, ale masz poczucie, że specjalnie nie ma na czym ucha zwiesić. Odkładasz na później… Na tydzień przed premierą raz jeszcze sięgasz po egzemplarz CD i przez cały weekend pozwalasz mu się kręcić w twoim odtwarzaczu. Powoli wyłapujesz niuanse, ciekawe partie instrumentalne, słyszysz skrzypce, chóry, kilka fajnych gitarowych solówek, parę frapujących melodii. Zaprzyjaźniasz się z tym albumem, ale wciąż masz odczucie, że im dalej w las, tym ciemniej…

Sięgasz po książeczkę i widzisz, że na płycie grają znakomici ludzie: Daniele Giovannoni (dr, k), Alex Massari (g) i Alessandro Cefali (bg). Oprócz nich goście: skrzypek Steve Unruh (m.in. United Progressive Fraternity) i Adam Holzman (znamy go z zespołu Stevena Wilsona), który gra na fortepianie i wykonuje solo na Moogu w jedynym instrumentalnym utworze pt. „Newspeak”. I jeszcze wokalistka - Sara Rinaldi, która, zważywszy na to jak ważną rolę odgrywa na tej płycie (i na dwóch poprzednich też – polecam małoleksykonowe recenzje wydanego w 2016 roku albumu „Silence Between Sounds” oraz wydanego trzy lata temu „The Day Is Done”), nie wiedzieć czemu wciąż ma w  grupie Karmamoi jedynie status gościa.

Studiujesz dalej książeczkę, czytasz teksty wypełniających ten krążek utworów (napisał je Daniele Giovannoni we współpracy z Valerio Scargim) i dostrzegasz, że układają się one w spójną, logiczną całość i nagle odkrywasz to, co zresztą sugeruje tytuł albumu – „Room 101” - że całość zainspirowana jest Orwellowskim „Rokiem 1984”. Znajdujesz liczne nawiązania do pewnych wątków i postaci, czujesz, że album niesie ze sobą pewne przesłanie…

Masz to wszystko w głowie i znowu słuchasz: raz, drugi, trzeci… Słyszysz, że zespół próbuje łączyć w sobie wpływy rocka progresywnego z mrocznymi brzmieniami, wychwytujesz echa i klimaty znane z płyt Airbag czy bardziej onirycznego, niźli elektronicznego Pure Reason Revolution, ale coś ciągle przeszkadza w słuchaniu. Czy to wyjątkowo gęsty mrok tej muzyki czy stylistyczne rozmycie, czy też brak zapadających w pamięć melodii (choć nie powiem, kilka instrumentalnych partii – szczególnie w utworach „Drop By Drop”, „Zelaous Man” i „Newspeak” robi naprawdę niezłe wrażenie)?

Nie, nie chcę powiedzieć, że to album zły. Być może tylko mnie on nie zachwycił. Doceniam klimat tej płyty (to płyta bardziej atmosferyczna niż melodyjna), niezły warsztat instrumentalistów, przekonywujący śpiew Sary Rinaldi, dającą się dostrzec dramaturgię tej muzyki, ale coś nie kliknęło. Sam nie wiem co…

Długo podchodziłem do tej płyty, dawałem jej liczne szanse i skłamałbym, gdybym powiedział

że słuchało się jej z bólem w uszach. Nie. Ale też nie porwała mnie, nie wygenerowała z siebie chociażby jednego utworu, który mógłby okazać się jakimś punktem zahaczenia, przy którym mógłbym postawić plus i który mógłbym w ciemno polecić komuś, kto jeszcze nigdy nie słyszał o istnieniu tej włoskiej formacji.

MLWZ album na 15-lecie