Karmamoi - The Day Is Done

Artur Chachlowski, Karmamoi - The Day Is Done

14 czerwca 2017 roku miał miejsce fatalny w skutkach pożar londyńskiego wieżowca Grenfell Tower. W płomieniach zginęło wówczas 89 osób. Zespół Karmamoi pracował wtedy nad muzyką na swoją nową płytę. Tragedia wstrząsnęła muzykami, a spośród wielu opowieści związanych z tragedią uderzyła ich historia dwóch syryjskich chłopców, Omara i Mahometa, którzy uciekli z Syrii podczas wojny, znajdując schronienie i nowe życie w Wielkiej Brytanii. Mahomet zginął w ogniu, a jego brat przeżył osobistą tragedię, gdyż nie był w stanie pomóc umierającemu na jego oczach bratu.

Historia dwóch syryjskich chłopców wywarła swoje piętno na dalszej pracy nad nowym albumem Karmamoi. Daniele Giovannoni (dr, k) i Alex Massari (g) postanowili opowiedzieć historię Omara i Mahometa jako przykład milionów innych historii życia i bólu, śmierci i cierpienia. To właśnie ofiarom i bohaterom małych i dużych tragedii, wszystkim ofiarom pożaru wieżowca Grenfell, wszystkim ludziom uciekającym przed wojnami i głodem oraz wszystkim ludziom szukającym normalnego, spokojnego życia dedykowana jest płyta „The Day Is Done”. Daniele i Alex nawiązali kontakt z Sarą Rinaldi, z którą współpracowali już na poprzedniej płycie „Silence Between Sounds” i poprosili ją o napisanie angielskich tekstów do skomponowanej przez nich muzyki, a następnie o zaśpiewanie ich na płycie „The Day Is Done”, co zresztą Sara uczyniła w wyważony, a zarazem bardzo efektowny sposób.

W efekcie wyszła z tego naprawdę bardzo dobra płyta. Zanurzona w melancholii i nostalgii. Idealna na tę porę roku. Idealna na późną porę dnia. Album zadziwia klimatycznym spokojem, swoim muzycznym majestatem i przejmującym przekazem. Lecz nie jest on wcale jednostajny, ani senny. Posiada mnóstwo epicko brzmiących fragmentów (jak np. długi instrumentalny wstęp do najdłuższej na płycie kompozycji „Portrait Of A Man”, instrumentalną sekcję w „Gateway” czy też całe, chyba najlepsze w tym zestawie, nagranie zatytułowane „Mother’s Dirge”), podczas których mimowolnie pojawiają się ciarki na plecach.

„The Day Is Done” trwa prawie godzinę, a na jego program składa się 8 utworów. A właściwie 7, gdyż ostatni na tym krążku temat „Lost Voices” jest trwającym niewiele ponad minutę instrumentalnym outro, będącym zwieńczeniem, czy też rozładowaniem napięcia, po pełnym emocji i niezwykle przejmującym utworze „Mother’s Dirge”. Wcześniej mamy 6 innych muzycznych tematów, spośród których nie sposób żadnego wyróżnić, gdyż cały album jest niesamowicie spójny i stylistycznie jednorodny.

Warto dodać że na płycie "The Day Is Done" pojawiło się gościnnie kilku znakomitych muzyków, wśród nich flecista Geoff Leigh oraz basista Colin Edwin (ex-Porcupine Tree). Ten ostatni zagrał w trzech utworach: „Take Me Home”, „Your Name” i „Mother ‘s Dirge”.

"The Day Is Done" to album z kluczem. I mocnym słowno-muzycznym przekazem. To oniryczna muzyczna opowieść, która przedstawiona jest słuchaczowi poprzez pryzmat szaleńczej rzeczywistości, która nas otacza, a której często nie chcemy oglądać. To krytyczny portret naszego społeczeństwa, który dzięki udanym kompozycjom, dźwiękom i przejmującym tekstom uświadamia nam kim naprawdę jesteśmy i czym prawdopodobnie nie chcielibyśmy być.

MLWZ album na 15-lecie