Glass Hammer - Chronomonaut

Artur Chachlowski, Glass Hammer - Chronomonaut

Bardzo cenię ten amerykański zespół i śledzę jego losy praktycznie od samego początku. Właśnie uświadomiłem sobie, że oto mija 25 lat, od kiedy po raz pierwszy usłyszałem muzykę Glass Hammer. I praktycznie każda z płyt okazywała się dużym wydarzeniem muzycznym. W jednym przypadku, a stało się tak z albumem „The Inconsolable Secret” w 2005r., wydawnictwo to otarło się o tytuł mojej ulubionej płyty roku.

Glass Hammer nie miał jednak nigdy szczęścia do ludzi stojących za mikrofonem. Przewinęło się ich przez zespół naprawdę wielu. Byli wśród nich wokaliści lepsi i gorsi, były wypożyczenia z innych zespołów (jak Carl Groves z zespołu Salem Hill), były gościnne występy legendarnych wokalistów (jak Jon Anderson na płycie „Culture Of Ascent” z 2007r.), były próby z zastąpieniem męskich głosów przez głosy żeńskie (jak Michelle Young czy też Susie Bogdanowicz, która od płyty „The Middle Earth Album” jest stałą członkinią zespołu), były też przypadki, że co bardziej uzdolnieni byli wyciągani z Glass Hammer do innych renomowanych formacji (jak Jon Davison do grupy Yes). Zawsze jednak miałem poczucie, że posada wokalisty jest piętą achillesową zespołu.

Nic dziwnego, że do nagrania nowej płyty, „Chronomonaut”, Glass Hammer podjął próbę z jeszcze jednym nowym głosem. Tym razem sięgnięto po Matthew Parmentera z grupy Discipline. Matthew podzielił się solidarnie, mniej więcej po 50%, partiami wokalnymi z Susie Bogdanowicz i w ten oto sposób w postaci „Chronomonaut” otrzymaliśmy jedną z najbardziej udanych płyt w dorobku tej amerykańskiej grupy. A jest to już 18. studyjny krążek w dorobku Glass Hammer. Jest to swoisty sequel wydanej w 2000 roku płyty „Chronometree”. Nowy album zaczyna się tam, gdzie kończył się tamten krążek i nawiązuje on do magicznej podróży w czasie do lat 70. Do post-beatlesowskiej ery, w której raz po raz odzywa się gitara lap-steel, pojawiają się dźwięki organów oraz drżące linie basu. Lirycznie powracamy do historii pewnego fana progresywnego rocka, Toma, który wcześniej był przekonany, że kosmici próbują komunikować się z nim poprzez jego ulubioną muzykę. Teraz jest dorosły, założył własny zespół i chce stać się supergwiazdą rocka. To prawdziwy album koncepcyjny w starym stylu, który z pewnością spodoba się każdemu odbiorcy progrockowej muzyki. Co ważne, płyta „Chronomonaut” przynosi też kilka nowych elementów w brzmieniu Glass Hammer.

Oprócz tradycyjnie progresywnie-, a nawet symfonicznie- (melotrony!) rockowo zaaranżowanych utworów mamy tutaj pewne elementy nasuwające na myśl brzmienie grupy Chicago. Dęciaki zawładnęły na dobre utworem „Blinding Light”, ale słychać je też w kilku innych miejscach, m.in. w wyróżniającym się i wspaniale zaśpiewanym wspólnie przez Steve’a Babba i Matthew Parmentera, utworze „Roll For Initiative”.

Smakowita gitara basowa i okazałe brzmienia syntezatorów przygotowują grunt pod uroczy wokal Susie w utworze "Twilight Of The Godz", który płynnie przechodzi w dziesięciominutowe nagranie "The Past Is Past”. To niezła kompozycja o fajnej linii melodycznej podkreślanej przez saksofon, organy Hammonda, syntezatory, elektryczne pianino i przezabawny wokal Parmentera. Marzycielskie aranżacje przesycone soczystymi gitarami, jedwabistym basem i eterycznym wokalem Susie budują nastrój w lekko brzmiącym nagraniu "1980 Something", po czym zespół wraca do ciężkiego prog rocka w utworze "A Hole In The Sky”. Świetnie brzmi tu melotron i głęboki mięsisty bas. Wybornie prezentuje się zaśpiewany przez Susie utwór „Melancholy Holiday”. To nastrojowy, ocierający się o pop rock, numer z delikatnym śpiewem Susie unoszącym się nad marzycielskimi syntezatorami i finezyjnie zagranymi solówkami na gitarze. "Clockwork" i "Tangerine Meme" to z kolei dwa krótkie instrumentale, które dzięki grającym w wielkim stylu syntezatorom i sekwencerom składają hołd muzyce Tangerine Dream. Ale i tak najlepszy jest w tym gronie trzeci (i ostatni) instrumental - „It Always Burns Sideways”. Ten bardzo genesisowsko brzmiący utwór dowodzi, że Glass Hammer nie zapomniał, jak gra się klasycznego, dojrzałego progresywnego rocka rodem z lat 70. To prawdziwie monumentalny utwór. Kto wie czy nie najlepszy na płycie obok zamykającego jej program dziesięciominutowego nagrania ”Fade Away”. Rozpoczyna się ono od krótkiej orkiestrowej partii przechodzącej w atmosferyczną melodię zagraną na fortepianie oraz męsko-żeński duet wokalny. Zespół z każdą minutą buduje i potęguje atmosferę przepełnioną świetnymi harmoniami wokalnymi, bogato brzmiącymi syntezatorami i melodyjnymi gitarowymi solówkami. To utwór prawdziwie godny wielkiego finału tej bardzo dobrej płyty.

Panowie Steve Babb i Fred Schendel, wspomagani przez śpiewających Matthew Parmentera i Susie Bogdanowicz, perkusistę Aarona Raulsona oraz przez kilkunastu dodatkowych muzyków, zabierają nas na „Chronomonaut” we wspaniałą epicką muzyczną przygodę. Mogli wybrać łatwą drogę i dostarczyć nam kolejny ‘klasyczny’ progrockowy album i nie sądzę, by ktokolwiek miałby o to pretensje. Tymczasem wpletli w swoją muzykę nowe, głównie jazzowo-progresywne pierwiastki, które nadały płycie „Chronomonaut” świeżości, różnorodności i wielobarwności. I dlatego najnowsze wydawnictwo Glass Hammer zapisuję po stronie zdecydowanych plusów i kandydatów do mojego osobistego Top 20, jeśli chodzi o najlepsze progrockowe płyty 2018 roku.

MLWZ album na 15-lecie