Neal Morse Band, The - Innocence & Danger

Olga Walkiewicz, Neal Morse Band, The - Innocence & Danger

Czwarty studyjny album wydany pod szyldem The Neal Morse Band „Innocence & Danger” ukazał się 27 sierpnia tego roku. Stanowią go dwa krążki. Pierwszy - „Innocence” - to osiem piosenek, które nie tworzą całości, nie ma tu tak lubianego przez Morse’a - konceptu, a ostatnia z nich - to cover utworu duetu Simon & Garfunkel „Bridge Over Troubled Water”. Drugi krążek – „Danger” - zawiera dwie rozbudowane suity: „Not Afraid Pt. 2” i ponad trzydziestominutową - „Beyond The Years”.

Trudno byłoby nawet przez moment mieć wątpliwości, że zestaw tak zacnych muzyków współpracujących z Morse’em nie zagwarantuje prawdziwej uczty dla zmysłów. To pięć wielkich osobowości muzycznych z Mistrzem Nealem na czele. Kto nie kocha fenomenu Mike’a Portnoya czy Erica Gillette? Kogo nie fascynuje doskonała gra takich muzyków, jak Randy George czy Bill Hubauer? To oczywiste. Są oni gwarantem produktu o wysokiej jakości. I tak jest bez wątpienia. Nasuwa się jednak zasadnicze pytanie: czy album ma w sobie to „coś”, co wbije się w sam środek serca, co nas uskrzydli, przeniesie do muzycznego Edenu, rozkocha w sobie i spowoduje przewlekłe uzależnienie?

To pytanie retoryczne. Chyba nie powinnam go zadawać, bo już przy otwierającym album utworze ”Do It All Again” zaprzedałam duszę diabłu. Ta kompozycja jest hymnem, który pozostawał w mojej głowie po każdym przesłuchaniu. Delikatny smutek nanizany na przędzę pajęczą i skroplony rosą mroku, który może zamienić się w pocałunek. Ta muzyka jest silnym nośnikiem emocji. Tego, co kroi niepewność na plasterki lęku. Co zamyka drzwi kluczem strachu i chroni przed popełnieniem szaleństwa. Czasem potrafi dodawać siły. Być jak latarnia prowadząca okręty do portu przeznaczenia. „Do It All Again” to perfekcjonizm. Fantastyczna melodyka wplatająca się z anielskim blaskiem w wyciszoną zwrotkę, by dojść do apogeum miękkich harmonii w refrenie. Jak pięknie przenika się brzmienie poszczególnych instrumentów - to wręcz niewiarygodne. Klawiszowe miękkości zasupłane w delikatne solówki Erica Gillette…

„Bird On A Wire” jest pełen pozytywnej energii. Tego co od lat jest atrybutem Neala Morsea. Takie muzyczne przesłanie z kawałkiem słońca w tle, przesympatyczną orkiestracją i ognikami w oczach. „I have a fire burning deep inside / and it only exists to rise higher / I have a fire that cannot be denied / And I’m not like that bird on a wire”. Dużo tu bardzo budujących tekstów. Pełnych ciepła, afirmacji życia i spokoju. Czasem są one wręcz kojące niczym balsam.

Taki jest chociażby „Your Place In The Sun”. Historie opowiadane na tym albumie, nie łącza się ze sobą. To niezależne muzyczno–liryczne „byty”, które funkcjonują jak ptaki, z których każdy ma gniazdo w innej części ogrodu. „Another Story To Tell” to jedna z takich jaskółek. Każdy z tych utworów zawiera inną paletę środków artystycznych, odmienną aranżację. Spokój i finezyjne klawisze, esencjonalność brzmienia przypominająca niektóre stare kawałki zespołu Yes, to niepodważalna wartość jaka jest domeną utworu „The Way It Had To Be”. „Emergence” jest kompozycją instrumentalną, cudnie rozpisaną na gitarę klasyczną osadzoną w trzech minutach fantazji a’la Steve Hackett. Taki słodki przystanek na drodze do „Not Afraid Pt. 1”. To jakby rzeczywista ścieżka, po której trzeba przejść do niesamowitości, jakie szykuje drugi krążek - „Danger”. Takich utworów powinno się słuchać w trudnych momentach. Potrafią uleczyć rany w sercu, ukamieniować strach, zamienić lęk w modlitwę, a łzy w pocałunek. Refren, który daje nadzieję, znajduje w sieci zwątpienia złotą rybkę radości.

Na zakończenie pierwszej płyty znajdujemy cover „Bridge Over The Troubled Water” zbudowany niczym ołtarz, na którym zasiada anioł ubrany w szaty jutrzenki. Jak symbol. Jak spełnienie. Bez patosu. Z szaleństwem i ogniem w ramionach.

Druga płyta to dwa dzieła. To nie piosenki, lecz rozbudowane, wyrzeźbione z rozmachem muzyczne posągi. Pierwszy z nich to dwudziestominutowy - „Not Afraid Pt. 2”. Instrumentalny wstęp jest wręcz najeżony znakomitymi partiami klawiszy, odjechanymi solówkami gitarowymi, soczystością i bogactwem tworzonym przez sekcję rytmiczną. Pomiędzy poszczególnymi instrumentami panuje tutaj niezmierna równowaga, doskonałe przymierze. Uwielbiam tę kompozycję za jej wielowątkowość i zmysłowe piękno. I te słowa… Tak proste lecz pełne treści. Ostatni utwór – trzydziestominutowy „Beyond The Years” to epicki poemat. Jest jak powrót wojownika do bram domu. Jak światłość. Opera składająca się z kilku aktów. Jeden z najpiękniejszych fragmentów albumu.

I jak tu nie kochać Neala Morse’a za płytę „Innocence & Danger”? To przecież kielich pełen ambrozji. Jedna z najsmakowitszych truskawek zerwanych w krainie tegorocznej fonografii. Lub po prostu... ”muzyczne cudowności”.

MLWZ album na 15-lecie