Hackett, Steve - Surrender Of Silence

Przemysław Stochmal, Hackett, Steve - Surrender Of Silence

Droga kariery Steve’a Hacketta ostatnich dwóch dekad zdecydowanie imponuje względem solowych poczynań jego kolegów z Genesis. Aktywność wydawnicza, wspierana jak tylko można aktywnością koncertową, a przede wszystkim jej artystyczne przymioty zdradzające niezwykłą kulturową otwartość gitarzysty, nie mają sobie równych wśród dokonań członków klasycznego składu progrockowej legendy. Z każdą kolejną publikacją studyjną pojawia się jednak pewien przesyt. Bo o ile Hackett, nie musząc udowadniać swojego artystycznego kosmopolityzmu, wciąż ambitnie decyduje się, aby dawać jemu wyraz, o tyle wydaje się w tym kontekście trochę kręcić w kółko.

Nie inaczej jest i tym razem. Godne podziwu wycieczki pomiędzy Prokofiewem, rdzenną muzyką afrykańską czy akcentami z odległych Chin i Uzbekistanu, to właściwie narzędzie charakterystycznej dla Hacketta gry kontrastami. Tradycyjnie dla siebie zestawia on egzotyczną rytmikę z klasyczną melancholią, czerpiące z nastroju horrorów harmonie z piosenkami opartymi na popowej melodyce, pełne rytmicznych akrobacji riffy ze ściskającymi w dołku romantycznymi solówkami, i tak dalej, i tak dalej… I chociaż, również tradycyjnie, można z tego niezwykłego tygla wydobyć kilka całkiem wartościowych momentów, to całościowo album jawi się jako kolejna płyta Steve’a Hacketta mocno kojarząca się w ogóle i w szczególe z poprzednimi jego krążkami. Co gorsza, powielanie kalek, w całym tym bogactwie wpływów wyglądających wręcz paradoksalnie, nie jest bynajmniej największym grzechem albumu. Bo jakimkolwiek szacunkiem nie darzyć by muzyki tak świetnie wyprodukowanej i tak niezwykle międzykulturowej, mimo tej jej wtórności, to jednak nie sposób zadowolić się aktualnym podejściem Hacketta do linii melodycznych, a konkretniej do tego, co jest śpiewane. Atrakcyjność i rozmach instrumentalny „Surrender Of Silence” w przykry sposób dewaluowane są przez mierność, a wręcz banalność niemal każdej linii napisanej z myślą o śpiewaniu tekstu. Czy to Hackett solo, czy wraz z Amandą Lehmann, czy też Nad Sylvan użyczający głosu w jednej kompozycji – każda z tych wokalnych kombinacji mierzy się z materią doprawdy niegodną kompozytorskiego kunsztu Steve’a Hacketta. Śpiewane partie na tym albumie to kalka wytarta, błaha i zadziwiająco nużąca.

A wspomniane wartościowe momenty albumu? Nadmieńmy choćby demoniczne intro „The Devil’s Cathedral”, w którym dialog organów kościelnych z saksofonem robi całkiem przekonujące wrażenie, ale to, co po nim, jeszcze dziesięć-piętnaście lat temu brzmiałoby z pewnością bardziej odpowiednio diabolicznie. Wśród Hackettowskiej krainy łagodności wyróżnia się zaś stanowiący właściwy finał albumu utwór „Scorched Earth” – skonstruowany, zaaranżowany w sposób, wydawałoby się, zaskakująco naturalny, pozbawiony tak charakterystycznych dla albumu eklektycznych ambicji, a w dodatku z linią melodyczną Hacketta-wokalisty wyjątkowo nie pozostawiającą mizernego wrażenia.  

Pewne środki modelowania kolorowego muzycznego uniwersum Steve’a Hacketta niestety wyraźnie się stępiły, co wielokrotnie może nieco uwierać przy prezentacjach tego niemal godzinnego materiału. Niemniej, po raz kolejny wypada pochwalić wydawniczą regularność siedemdziesięciojednoletniego już gitarzysty, a przede wszystkim jego wciąż bujne artystyczne ambicje. Ich realizacja bez wątpienia w pełni legitymizuje i usprawiedliwia jego retrospektywne podróże w działalności koncertowej – Steve Hackett to artysta tyleż sentymentalny, co nowoczesny – i za to go kochamy.

MLWZ album na 15-lecie