D Project

Echolyn - The End Is Beautiful

Wojtek "Foreth" Bieroński,
ImageDo bliższego zapoznania się z nowym wydawnictwem amerykańskiej grupy Echolyn, noszącym tytuł The End Is Beautiful, skłoniły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze – okładka (pies na okładki się nigdy nie nauczy, że bywa to zwodnicze wręcz niesłychanie), po drugie – rozpacz. Może to trochę zbyt mocne słowo, ale bądź co bądź mamy już koniec września, więc robienie pierwszych przymiarek do kompletowania prywatnej toplisty AD 2005 nie jest niczym dziwnym. A ja jakoś... nie mam z czego tej listy kompletować. Niewiele nowości wysłuchałem w tym roku – to fakt, lecz gust mój wyrokuje również, że nie jest to dla niego udany rok. Tak więc nowe Echolyn miało być jedną z ostatnich tegorocznych desek ratunku.

Zespół ten jest doskonałym dowodem na to, że Atlantyk może stanowić granicę pomiędzy światami rocka progresywnego. W Europie niesłychanie ciężko zdobywalny, w Stanach Echolyn jest mniej więcej tym, czym dla progfanów ze Starego Kontynentu The Flower Kings. Ma fanów, ma wrogów, lecz zna go praktycznie każdy. To zespół, który w USA dorównuje popularnością Spock’s Beard. Na taki status Echolyn zasłużył sobie trwającą ponad dekadę karierą, która zaowocowała wydaniem min. tak popularnych albumów, jak As The World, czy Mei. Jednakże o ile ten ostatni był krokiem w kierunku nieco bardziej melancholijnego oblicza Echolyn, to następca tej płyty, którym jest właśnie The End Is Beautiful, oznacza powrót do zdecydowanie szybszej, skomplikowanej muzyki, w której słuchacz odnajdzie nie tylko wiele elementów klasycznego amerykańskiego rocka symfonicznego spod znaku np. Kansas czy Spock’s Beard, lecz także coś z takich nurtów jak amerykańska jam scene (ze wskazaniem na takie kapele, jak np. Umphrey’s McGee), czy nawet funkrock.

Poza tym słuchacz odnajdzie – uwaga, zabrzmi to patetycznie... - ducha amerykańskiego proga. Jest coś niesamowitego i specyficznego w amerykańskiej odmianie tej muzyki. Po paru godzinach zastanowienia się wykształcona muzycznie osoba z pewnością potrafiłaby pięknie tą kwestię wyjaśnić, bo rozbija się to wszystko o konstrukcję muzyczną i takie jej elementy jak brzmienie, melodyka, harmonie wokalne itd. Lecz ja powiem tylko, że w istocie można mówić o czymś takim jak soczyste brzmienie amerykańskiego rocka progresywnego, jak specyficzna swoboda w tych melodiach i rytmach. Odzywa się duch narodu w jego muzyce – tako rzecze Alaundo ;). Jesienne klimaty w zadumanej Skandynawii to nie przypadek, angielskie brzmienie gitar w połączeniu z harmoniami wokalnymi też nie. W tą koncepcję komunii ducha i wyobraźni wpisuje się też amerykański art-rock. A piszę o tym dlatego, że ową symbiozę odnalazłem także na nowym wydawnictwie Echolyn.

Soczyste brzmienie na The End Is Beautiful jest bowiem po prostu kapitalne. Muzycy nie szczędzą nam niczego, jeśli chodzi o elementy składające się na wyśmienitą realizację. Ascetyczne aranże, ubóstwo muzycznej palety, niewielkie instrumentarium? Zapomnij! Tu liczy się polot, energia i tempo. Jeśli dodamy do tego jeszcze znakomite umiejętności techniczne członków Echolyn, pozwalające im na granie muzyki wcale skomplikowanej i „pokombinowanej” to otrzymujemy album, który pod względem realizacji robi naprawdę OLBRZYMIE wrażenie. Już pierwszy utwór, Georgia Pine, stanowi informację dla słuchacza, że zostanie uraczony znakomitym miksem, cudownymi, różnorodnymi brzmieniami gitar, gęstą warstwą klawiszy, świetnymi harmoniami wokalnymi. I faktycznie, gdy słucham płyty dostaję to wszystko w takich ilościach, że...

... z pewnych powodów niestety momentami bokiem mi to wychodzi. Lecz to już nie jest kwestia realizacji.
Muzyka Echolyn należy do gatunku tych, gdzie w utworze napotykacie „tysiąc pińcet sto dziewieńset” zwrotek i refrenów. Dzieje się tu niesłychanie dużo. Bardzo lubię tego typu stylistykę, obalającą piosenkowe schematy, lecz w wypadku The End Is Beautiful owo kompozytorskie podejście i końcowy pod tym względem efekt do mnie nie do końca przemawia. Po każdym przesłuchaniu mam uczucie przesytu, zastraszająco duży procent tematów muzycznych spływa po mnie jak po kaczce woda, w głowie po obcowaniu z muzyką na tej płycie nie zostaje prawie nic. Jak już wspomniałem, nie wydaje mi się, by to była kwestia realizacji, ten album jest po prostu tak, a nie inaczej skomponowany. Mamy więc dwa wyjścia: albo melodie po prostu są cienkie, albo występuje ów przesyt (jest jeszcze trzecie - fanaberie Foretha, ale w tym wypadku odsyłam do ostatniego zdanie niniejszego akapitu). Optuję za tym drugim, jako że na nowym dziele Echolyn napotkałem sporo motywów, które powinny „przemówić” i jakoś głębiej poruszyć słuchacza. Jednak tak jak jedzenie łososia przez 365 dni roku nie jest najlepszym jadłospisem dla największego miłośnika łososi, tak wśród bardzo dużego gąszczu motywów, te najpiękniejsze na The End Is Beautiful moim zdaniem tracą blask. Dzieje się tak pomimo, iż płyta wcale do długich nie należy. Lecz nawet zaledwie 55 minut z hakiem przy non-stop tak soczystym brzmieniu i zmieniających się niczym w kalejdoskopie motywach robi swoje. Wielokrotnie próbowałem słuchać sobie kawałków z The End Is Beautiful pojedynczo, dostrzegając wtedy w tej muzyce coś więcej niż doskonałą realizację. Zdaję sobie również sprawę, że tego typu odczucia to kwestia wybitnie osobista, ale nie widzę powodu, by zachowywać się jak antropolog, czyli przyjmować rolę innego.

Omawiany gąszcz negatywnie wpłynął więc na mój odbiór albumu jako całości. Bo np. dwa pierwsze utwory bardzo podobają mi się nie tylko we względu na realizację. Do lepszych kompozycji albumu dorzuciłbym jeszcze So Ready – jedna z najbardziej niepozornych na płycie, lecz jakoś mi z niej dużo w głowie zostaje. Bardzo ładne balladowe fragmenty mają także Art of Descent (zwrotki!) i Lovesick Morning (refren!). Natomiast utwory 4 i 5 nie przypadły mi do gustu zapewne z racji... położenia. Jest to bowiem środek albumu, gdzie podczas słuchania zawsze mam pierwszy kryzys związany z przesytem. Od razu dodam, że kryzys numer dwa przypada na ostatni utwór. Tu poza jednym motywem nie rusza mnie, już praktycznie znokautowanego, właściwie nic. Nic – poza delektowaniem się brzmieniem i podziwianiem umiejętności technicznych muzyków. A czy tylko o to w tej muzyce chodzi?

Twardy więc orzech do zgryzienia z tym wydawnictwem. Jednakże z dziadkiem do orzechów, czy bez - wgryzajcie się w tą płytę. Przy tak wspaniałym brzmieniu i umiejętnościach muzyków warto. Ja już sobie starłem zęby, więc mimo, ze nadal będę próbował, to pozwalam sobie na ocenę. Parafrazując terminologię arystotelesowską, należy się 7 za materię i 9 za formę. A już nic nie parafrazując, jeno dodając i dzieląc to przez dwa, wychodzi...



Utwory: 1. Georgia Pine (5:49) 2. Heavy Blue Miles (6:48) 3. Lovesick Morning (10:12) 4. Make Me Sway (5:22) 5. The End is Beautiful (7:45) 6. So Ready (5:01) 7. The Arc of Descent (Dancing in a Motel Just West of Lincoln) (5:46) 8. Misery, Not Memory (9:03)
Czas całkowity: 55:46
Grają: Brett Kull / guitars, vocals - Paul Ramsey / drums - Ray Weston / vocals - Tom Hyatt / bass - Chris Buzby / keyboards
Wydawca: Velveteen Records
MLWZ album na 15-lecie